Recenzje

Toń

| 10 minut czytania | 345 odsłon

Gosia Wdowik wraca do Wrocławskiego Teatru Pantomimy i odnosi kolejny sukces. Jej „Little” to spektakl wizualnie porywający i zrealizowany z ogromną wrażliwością. Można powiedzieć, że reżyserka osiągnęła mistrzostwo w portretowaniu w teatrze horroru dojrzewania.

fot. Natalia Kabanow
fot. Natalia Kabanow

Jej najnowszy spektakl przegląda się w poprzednim przedstawieniu zrealizowanym w WTP, opartym na debiutanckiej powieści Mariaeke Lucas Rijnevald „Niepokój przychodzi o zmierzchu”, zaadoptowanej na sceniczny dramat przez Roberta Bolestę, który do „Little” napisał oryginalny scenariusz. Oba spektakle łączy podwójność postaci głównych bohaterów granych przez Urszulę Kuśnierz (a od kwietnia 2025 roku Hannę Kotowską) i Agnieszkę Dziewę w „Niepokoju” oraz przez Mikołaja Ciapę i Jakuba Pewińskiego w „Little”, choć w konstrukcji tych duetów tkwią istotne przesunięcia. 

Bohaterką „Niepokoju” była dziewczynka, tutaj mamy o kilka lat starszego chłopca. Czas akcji obu opowieści także dzieli kilka lat – w pierwszej z nich w domyśle mieliśmy lata dwutysięczne, tu płyta „Music for the Jilted Generation” The Prodigy z 1994 roku, od której odbija się i do której wraca w swoich kompozycjach Agata Zemla, premiery japońskiej wersji „Ringu” w 1998 roku i „Night Clubu” w 1999 wyznaczają nam nieco wcześniejsze ramy czasowe. Tam była holenderska wieś, tu przestrzeń jest bardziej umowna – raczej Polska niż zagranica (i to Polska w tym szczególnym momencie, w którym wszystko, co przychodziło do nas z zachodu dostawało na starcie więcej punktów), raczej miasto niż wioska, skoro młodzież urządza sobie bokserski ring na podobieństwo tego filmowego w piwnicy bloku, raczej małe niż duże, skoro bohater marzy o ucieczce z niego w jakiś większy świat. 

„Niepokój” miał zaczerpniętą z powieści Rijnevald spójną dramaturgię, „Little” ma bardziej swobodny, szkicowy charakter. Tam mieliśmy tragiczną śmierć brata głównej bohaterki, jako impuls dla rozpadu rodzinnych więzi, a w efekcie – do portretu skrajnie osamotnionego dziecka, które supeł emocji związanych z poczuciem winy, żałobą, dojrzewaniem i budzącą się seksualnością musi rozplątywać samodzielnie i po omacku. Tu na pozór nie wydarza się nic dramatycznego, co miałoby wywołać kryzys – przeciwnie, wszystko wydaje się wskazywać na to, że bohater dorasta we wspierającym środowisku. A jednak w punkcie przecięcia między dzieciństwem a dorosłością rozciąga się czarne, mętne jezioro, którego wody oblepiają chłopca, wciągając go w toń.

Niezależnie od okoliczności, dojrzewanie jest horrorem – zdają się mówić Bolesto i Wdowik. I opowiadają ten horror, osiągając rzadki rodzaj prawdy jeśli chodzi o teatralne przedstawienia tych nastoletnich dramatów, które tak często zdarza się przegapić nam, dorosłym. Tę głębię udaje się zawrzeć w spektaklu poniekąd na przekór jego formule, która esencję procesu dojrzewania rozpuszcza w serii obrazów, odpowiadających utworom z „Music for the Jilted Generation” – dostajemy sekwencje ruchomych kadrów z okresu młodzieńczego mroku, spośród których każdy odkrywa przed widzem kolejne lęki, wstydy, kompleksy, niezaspokojone ambicje, potrzeby, żeby stanąć na wysokości zadania, stoczyć walkę, zdobyć dziewczynę, określić się wobec innych, a także – co najtrudniejsze – wobec samego siebie. Tytułowy Mały stoi na rozdrożu, z jednej strony wstydzi się i obawia, że zawsze już będzie mały, z drugiej – że nigdy już taki nie będzie („Boję się, że już nikt nigdy nie powie do mnie Mały” – pomyśli w finale).

Mroczna toń dosłownie pojawia się na scenie wrocławskiej Piekarni – sporą jej część zajmuje wypełniona wodą sadzawka, której powierzchnia wydaje się być pociągnięta czarną farbą. Woda w spektaklu ma symboliczny charakter, który jednak różni się od tych zwyczajowo przypisywanych jej skojarzeń. To nie źródło życia czy dająca impuls energia. Bohaterowie wydają się jej nie dostrzegać, ale wszyscy poruszają się w tej cieczy, która ma kilkaset razy większą gęstość od powietrza – krępuje ruchy, obciąża zanurzone w niej ubrania i buty, nie pozwala zaczerpnąć oddechu. Ta lepka i gęsta atmosfera toni zasysa nie tylko grupę nastolatków, na której obrzeżach porusza się tytułowy Mały i w którą próbuje się wtopić, ale także dorosłych obserwatorów tych procesów – Matkę (Anna Nabiałkowska) i Sąsiada – alkoholika (Jan Kochanowski). A zarazem to ciemny nurt wydaje się być źródłem światła w tej opowieści – Aleksandr Prowaliński tak z nim pracuje, że przestrzeń sceny rozświetlają wodne bliki odbijające się na ceglanej ścianie. Woda dominuje w kształcie plastycznym spektaklu do tego stopnia, że rzeźby Jana Baszaka, które odgrywały tak istotną rolę w „Niepokoju”, tu schodzą na dalszy plan, a kiedy próbują przełamać tę barierę, jak w scenie ze szczurkiem, nikną w cieniu. 

Całość otwiera scena z koszmaru, który może się przyśnić, jeśli wieczorem zafundujemy sobie seans „Ringu” – Mały (Mikołaj Ciapa) stoi pośrodku pogrążonej w mroku sadzawki, do której wchodzą tyłem do widowni dwie długowłose dziewczyny. Podciągają spódnice, zsuwają majtki i sikają do wody – po chłopacku, na stojąco. W tej rozgrywającej się bez słów sekwencji dosięga widza dziwnie gęsta mieszanka pożądania, strachu i obrzydzenia, która staje się udziałem młodego bohatera. Później wychodzi on na brzeg, a w błyszczącą toń wysyła swojego reprezentanta (Jakub Pewiński) – to rozdwojenie pełni nieco inną funkcję niż w „Niepokoju”, gdzie dziewczynka dzieląca główną rolę z Agnieszką Dziewą nie była na scenie widzem całego spektaklu. Tutaj wydaje się oczywiste, że to towarzyszenie samemu sobie, oddaje nieustanny proces rozgrywający się w głowie Małego, który przygląda się samemu sobie, analizuje własne poczynania, balansując między trzeźwym dystansem a wyobraźnią, w której snuje fantazje na temat swój i innych osób. Ale można też to rozwiązanie interpretować inaczej – jako rozszczepienie osobowości, pozwalające bohaterowi w pewien sposób przebywać „poza ciałem”, separując się od trudnych doświadczeń, co robi wrażenie świadomie obranej strategii przetrwania, czy jako podróż do przeszłości z perspektywy dojrzalszego chłopca, który najboleśniejsze męki dorastania ma już za sobą. Tymczasem tytułowy Mały znajduje się pomiędzy dzieciństwem a dojrzałością i nie wie sam, po której stronie chciałby się znaleźć. W trakcie scenicznej opowieści zrozumie za to, że po przekroczeniu dzielącej te dwa etapy linii nie będzie powrotu.

W „Little” widać – jeśli trzymać się wodnej metafory – u Wdowik i Bolesty głębsze niż w poprzednim spektaklu zanurzenie w język teatru ruchu i zdecydowanie większe zaufanie do środków, jakimi dysponuje wrocławska Pantomima. Słowo, jest tu, owszem, obecne w formie krótkich, hasłowych komunikatów wyświetlanych na ścianie i oddających natłok myśli bohatera, natomiast to wypowiadane (bardzo rzadko) ze sceny wydaje się już pozbawione większego znaczenia (do tego stopnia, że momentami jest artykułowane celowo niewyraźnie, niedostatecznie głośno, żeby dotarło do wszystkich widzów) – w każdym razie nie jest niezbędne do budowania dramaturgii. Plątanina myśli bohatera robi wrażenie osobnej całości, patchworkowej narracji uszytej z cytatów z piosenek i filmów, tych modnych i na czasie, i tych towarzyszących pokoleniom rodziców czy dziadków. Bo z jednej strony Mały chce być jak Brad Pitt w „Fight Clubie”, a po lekcjach onanizuje się, mając przed oczami twarze Gwen Stefani czy Kylie Minogue, ale z drugiej w jego strumieniu świadomości tak samo mocno obecne jak anglojęzyczne wtręty są fragmenty z piosenek Breakoutu, z „oni zaraz przyjdą tu” otwierającym spektakl na czele, a jego wyobrażony świat budują tak sceny z filmów Lyncha, jak Pasikowskiego. Lata dziewięćdziesiąte są przemycone do tej opowieści subtelnie, bez epatowania gadżetami – owszem, główny bohater nosi bluzę w grungowym stylu, dziewczyny z jego towarzystwa ubierają się jak nastoletnie bohaterki „Miasteczka Twin Peaks”, znakiem czasu jest wnoszony przez bohatera na scenę magnetofon czy discman z epoki poprzedzającej czasy, w których muzykę całego świata mamy na jedno kliknięcie w telefonie, ale większość tych odniesień jest subtelnie zaszyta w tekście Bolesty, w cytatach, które tak mocno wrosły w język głównego bohatera, że trudno je z niego wydłubać – Mały, tak jak jego koledzy i koleżanki, myśli językiem popkultury.   

W „Little” rysunek postaci jest subtelniej i bardziej dyskretnie szkicowany niż w „Niepokoju”, gdzie każdy z bohaterów posługiwał się bardzo konkretnym choreograficznym kodem, oddającym tyleż charakter, co blokady w ciele spowodowane przez traumę. Tu także pojawiają się przypisane postaciom kody – jak charakterystyczne odgarnianie włosów przez jedną z dziewczyn (Karolina Pewińska) i – w kontraście do niej – pochylenie głowy i opadająca na oczy grzywka drugiej (Agnieszka Dziewa), zmęczone powtarzalnością ruchy matki, czy zamaszyste, a zarazem usztywnione – sąsiada. Jednak równie istotna, co te indywidualne rysy wydaje się dynamika grupy, która swój charakter definiuje przez rodzaj rytualnych, wspólnotowych, określających przynależność gestów, takich jak nadmiernie ostentacyjnie „męskie” kody definiujące chłopaków (np. podciąganie spodni w kroku, wciskanie rąk w kieszenie), na tle których wyróżnia się Mały ze swoim brakiem pewności siebie maskowanym momentami agresją; czy odtwarzane w parze lustrzane pozy dziewczyn. Od choreograficznego charakteru pisma, jakim zostały narysowane obie młodzieżowe grupy, odcinają się postaci dorosłych, kreowanych przez parę aktorów, którzy mieli do czynienia z językiem pantomimy w znaczeniu tradycji teatru Henryka Tomaszewskiego – Anna Nabiałkowska, w zespole WTP od 1987 roku, zagrała w siedmiu jego spektaklach, Jan Kochanowski rozwijał swój warsztat w Teatrze Cinema, którego był jednym z założycieli. Ich bohaterowie odznaczają się mocniejszą, bardziej wyrazistą kreską. Ta różnica w czysto formalnych środkach kształtujących język ruchu pozwala w czytelny sposób oddać dystans dzielący dwa zderzające się ze sobą pokolenia, dotyczący nie tyle samego wieku, co tego, co się z nim wiąże – postaci matki i sąsiada wydają się bardziej określone i mocniej osadzone w rzeczywistości, w którą młodzi w bolesnym procesie próbują się wpasować.  

Dwie młodzieżowe grupy przecinają się nieustannie, momentami – jak w scenie tańca – stapiają się w jedną, ale też wzajemnie izolują, alienują się jedna od drugiej. Wdowik i Bolesto swoją perspektywą obejmują epokę, w której nikt nie mówił o incelach, a definicje męskości i kobiecości nie były tak jasno określone w swoich odmianach jak dziś, jednak widać wyraźnie w jakich rolach zostali obsadzeni chłopcy tęskniący do maczystowskich wzorców i podążające za nimi dziewczynki. 

Bohater zazdrości charyzmy niektórym kolegom, chciałby stać się częścią grupy, ale czuje się zbyt osobny, żeby wtopić się w tło. W otoczeniu dorosłych nie widzi wzorców do naśladowania, męskich, realnych autorytetów – wie, że nie chciałby być jak śmierdzący cebulą i starymi fajkami sąsiad-alkoholik, z kolei męskość Pitta z „Fight Clubu” czy Franza Maurera z „Psów” nie wytrzymują zderzenia z realiami podwórka czy blokowej piwnicy. „Time to fight” – wykrzykuje kilkakrotnie podczas spektaklu, ale tak naprawdę nie czuje się gotowy na żadną z bitew. Udział w nich przynosi raczej ból i wstyd niż satysfakcję czy ulgę – ta ostatnia pojawi się, kiedy on i jego wysyłane na starcie ze światem alter ego, większe i silniejsze wyobrażenie o sobie samym stopi się z nim w finale, a do Małego dotrze, że sam musi stać się swoim największym sojusznikiem.

Magda Piekarska

Tytuł spektaklu

Little

Teatr

Wrocławski Teatr Pantomimy im. Henryka Tomaszewskiego

Reżyser(ka)

Gosia Wdowik

Autor(ka) recenzji

Magda Piekarska

Data premiery

20.03.2026

Czas trwania

90 minut

Obsada

Agnieszka Dziewa, Karolina Pewińska, Anna Nabiałkowska, Eloy Moreno Gallego, Jan Kochanowski, Jakub Pewiński, Mateusz Wierzbicki, Wojciech Rybicki (gościnnie), Dawid Sozański (gościnnie), Mikołaj Ciapa (gościnnie)

Realizacja

Scenariusz

Robert Bolesto

Reżyseria

Gosia Wdowik

Koncepcja scenografii

Gosia Wdowik, Aleksandr Prowaliński

Scenografia i reżyseria świateł

Aleksandr Prowaliński

Kostiumy

Saskia Hellmann

Muzyka i sound design

Agata Zemla

Rzeźby

Jan Baszak

Choreografia walk

Tomasz Lewandowski

Ruch sceniczny

Zespół

Konsultacja artystyczna

Magdalena Komornicka, Dobromir Dymecki

Zobacz także

Bądź na bieżąco!
Zapisz się do newslettera

Jeśli chcesz otrzymywać informacje dotyczące najnowszych aktualności i numerów Notatnika Teatralnego, zostaw swój adres.

Twój e-mail został zapisany