Po autorskiej, zrealizowanej poza teatralnym mainstreamem trylogii „Very”, Głupia i Gruba, czyli Dominika Knapik i Patrycja Kowańska, ruszają na podbój instytucji. Na pierwszy ogień poszedł Teatr Współczesny w Szczecinie, gdzie artystki zeszły ze sceny w kulisy, a na warsztat wzięły ibscenizm.
Ibscenizm, czyli wiwisekcję rodzinnych traum, w której celował patron szczecińskiej premiery, ale też inni Skandynawowie, jego koledzy po piórze (i nie tylko), od Strindberga, przez Bergmana, po Knausgarda – taką prawdziwie ekshibicjonistyczną, zahaczająca o obscenę, Kowańska i Knapik zaserwowały widzom w ciasnej i po mieszczańsku dusznej przestrzeni Sceny Nowe Sytuacje. Trafiamy tu do świata, w którym wszyscy cierpią, rodzinny dom jest więzieniem, a na zewnątrz jest tak zimno i wietrznie, że trzeba non stop nosić wełniane, gryzące swetry. I jeśli komukolwiek z bohaterów tej opowieści wyda się, że jest szczęśliwy, to może być pewien, że za chwilę jakiś usłużny krewny zdmuchnie ten lichy płomyczek, zostawiając w zamian „wieczny brak, lęk i czarną dziurę w klatkach piersiowych”.
Na scenie pojawia się piątka aktorów, artystów niebywale pojemnych, bo postaci, jakie mieszczą w sobie i które powołują do życia, jest kilka razy więcej. Tak wiele, że trzeba w pewnym momencie przerwać tok narracji krótkim przewodnikiem, mówiącym, kto tu jest kim i dla kogo. Żeby sprawę jeszcze bardziej skomplikować, nie jest do końca jasne, kto tu w kogo się wciela – aktor w postać, czy może postać w aktora. Bohaterowie dramatów Ibsena wydają się bowiem demonami, które czekają tylko na swoje pięć minut, żeby zawładnąć ciałem performerów, zamieniając je w mechaniczne zombie na wiecznie niezaspokojonym psychoterapeutycznym głodzie.
Sam Ibsen umywa elegancko ręce od całego tego bigosu – w pierwszej scenie jest już martwy i zostawia swojemu literackiemu potomstwu w spadku nienapisaną sztukę. Sieroty po Ibsenie wejdą tu w role między innymi Oswalda (Kacper Kujawa), którego skomplikowana relacja z matką, panią Alving (Iwona Kowalska, która bywa też żoną budowniczego Solnessa) popycha do myśli samobójczych; Heddy i Nory (Joanna Matuszak), które w bólu niespełnienia znieść tego wszystkiego nie mogą; Borkmana i Starego Ekdala, który sapie, wzdycha i pojękuje na strychu (Arkadiusz Buszko); Jadwini, która ma fazę na dziką kaczkę i Hildy, przyjaciółki, a być może i kochanki Solnessa (Julia Gadzina); a także nieprzyjaciela rodziny Jadwini, oraz Helmera, męża Nory i Jorgena, męża Heddy (Michał Lewandowski), nie licząc kilku innych Ibsenowskich postaci, którymi obsada żongluje z prestidigitatorską zręcznością. Wszystko to w ramach seansu ustawień srellingerowskich (albo ibscenicznych, jak kto woli), tego całego „uzdrawiania traumy pokoleniowej w wersji instant”, pozwalając się nawiedzać upiorom norweskiej dramaturgii. Fakt, próbuje się też rozproszyć te duszne opary odrobiną ruchu (nordic walking, tarantella), ale na niewiele się to zda – przed pokoleniową traumą nie będzie ucieczki.
Sam Ibsen, gdyby żył, lub gdyby scena Nowe Sytuacje miała nieco większą pojemność, mógłby z powodzeniem uzupełnić ten pejzaż o swoje osobiste niedole. W końcu miał zaledwie piętnaście lat, kiedy został półsierotą, a ponieważ jego ojciec przed śmiercią zdążył zbankrutować, szybko musiał zakasać rękawy i zabrać się do roboty, przy czym już trzy lata później zdążył spłodzić dziecko ze starszą od siebie służącą, syna, z którym nigdy nie utrzymywał kontaktów. Jednak choć Ibsena we własnej osobie nie ma, to jego duch unosi się nad tą opowieścią. A choć w swoim rytuale odczyniania jego klątw Kowańska i Knapik co i rusz podsuwają mu pod nos krzywe zwierciadło, to efekt tej zabawy paradoksalnie odsyła nas do jej źródeł. Bo owszem, „Very Ibsen” jest esencją, wyciśniętą czy może raczej wykręconą z antologii norweskiego pisarza, a twórczynie spektaklu na przekór konwencji jego dramatów nie pozwalają swoim postaciom przeżywać ibscenicznych traum, taplać się w nich i zanurzać po szyję. Ale chociaż nie na konwencji serio i zaangażowaniu, ale na grotesce i dystansie opierając swoją grę i choć w jej trakcie śmiejemy się często i w głos, to konstatacja jest jednakowo gorzka jak w wypadku oryginalnych tekstów – żeby się uratować, trzeba odciąć próchniejące i przegniłe rodzinne konary, i uciekać jak najdalej, nie oglądając się za siebie.
Wszystko to rozgrywa się w kalejdoskopowym tempie – dostajemy leksykon ibscenicznych traum, ze sceny na scenę teleportujemy się ze świata „Upiorów” do „Budowniczego Solnessa”, z „Dzikiej kaczki” do „Heddy Gabbler”, z „Heddy” do „Nory”, zahaczając jeszcze po drodze o „Johna Gabriela Borkmana”. Oto matka truje syna morfiną, stary architekt molestuje nastolatkę, jego żonie wali się dom i małżeństwo, dzieci umierają stadnie, mała dziewczynka strzela sobie prosto w serce, młode mężatki dławią się mieszczańskimi konwenansami, a starsi ludzie cierpią na przeżywaną w samotności depresję. Gdzie nie spojrzeć poupychane w szafach upiory wychylają swoje paskudne oblicza. I chyba tylko widzowi, który siedział za mną, mogło się wydawać, że najdobitniejszym przykładem obsceny będą otwierające spektakl projekcje ze scenami porodów rozmaitych istot, w tym tylko jednej ludzkiej – narodziny to początek, potem będzie gorzej. W dodatku Kowańska i Knapik cały ten ibsceniczny ekstrakt badają przez lupę opatrzoną filtrem współczesnej kultury terapii, która otwiera zarówno pole do ozdrowień, jak i nadużyć.
Wszystkie elementy tej rozkoszno-upiornej opowieści działają na efekt końcowy – od charakteryzacji i kostiumów Klaudii Hegab, które nadają postaciom rys karykaturalnego przerysowania, zamieniając je w postaci ni to z dziecięcej książeczki, ni to z kreskówkowej satyry. Rudowłosi i krzywozębi potomkowie Ibsena stają się trochę krewnymi Wikingów, a trochę postaciami z obrazów Muncha, w dodatku noszącymi kostiumy będące manifestacją nieco powygryzanej zębem czasu przytulności (swetry) i sportowego stylu życia (buty, spodenki). Scenograficzny projekt Knapik stoi w jawnym kontraście z didaskaliami, mówiącymi o bogato urządzonych mieszczańskich wnętrzach z widokiem na fiordy – to zagrzybione pomieszczenie bez okien, z kartonowymi, posklejanymi byle jak taśmą siedziskami. Projekcje na ekranach z norweskim malarstwem otwierają okna nie na rzeczywistość, ale na jej kolejne, powykrzywiane przetworzenia. Podobnie jak warstwa muzyczna Szymona Lechowicza, która domyka tę opowieść cytatami z Griega. I niezwykła choreografia Knapik, która dla dusznych cierpień znajduje formę wywiedzioną z ekspresjonistycznych horrorów, ale też z teatru lalkowego – ciało aktora wydaje się w scenach „ustawień” animowane przez jakąś zewnętrzną siłę.
No i aktorzy – co do ich zespołowej dyspozycji od dawna nie miałam wątpliwości, ale to, co tutaj wyprawia cała szóstka, przechodzi wszelkie oczekiwania. Jako upiorne postaci z norweskiego trauma-kabaretu wszyscy są do zjedzenia: Kacper Kujawa i Iwona Kowalska, duet zombie w scenach srellinperowskiego opętania; Julia Gadzina, diabelska Pippi, nie do końca niewinna dziewczynka; Arkadiusz Buszko, który focha z postaci aktora obrażonego na rolę starca umiejętnie zaszczepia kreowanym przez siebie bohaterom; Michał Lewandowski zdolny obudzić demona nawet u największego poczciwca; i Joanna Matuszak, która Heddę i Norę klei w ekspresjonistycznie przegięty rysunek femme fatale.
Dla Kowańskiej i Knapik „Very Ibsen” to spektakl przełomowy. Z jednej strony, pewne elementy warstwy formalnej pozwalają traktować go jako kontynuację i rozwinięcie cyklu duodramów, którymi duet Gruba i Głupia wyważył drzwi na polskie sceny – to między innymi mariaż z malarstwem, tu z obrazami norweskich mistrzów, Edwarda Muncha i Nikolaja Astrupa; to włączone w strukturę przedstawienia rozmowy na komunikatorze z aktorami; czy nawiązanie do konwencji żywych obrazów – w tym wypadku groteskowo wykrzywionych portretów rodzinnych. Bliska „Very Funny”, „Very Sad” czy „Very Cheap” jest też tonacja, zakładająca elementy wykładu performatywnego i kabaretu, tyle że tym razem miejsce podszytej groteską błazenady zajmuje czysta groteska, podkręcona do własnego ekstremum.
Z drugiej strony, można „Very Ibsen” potraktować jako spełnienie manifestowanej w poprzednich performensach woli „przejęcia władzy” nad spektaklem w instytucjonalnym teatrze – Knapik i Kowańska pełnią role reżyserki, choreografki, dramaturżki, scenografki, nie są jednak obecne na scenie. I jest to wejście smoczyc – spektakl ma znakomite tempo, mało tego, wydaje się, że Gruba i Głupia opanowały do mistrzostwa umiejętność sterowania odbiorem publiczności, która z początku czuje się bezpiecznie w tej powykręcanej karykaturze skandynawskiego dramatu, co i rusz wybuchając nieskrępowanym śmiechem, a z czasem coraz częściej milknie, bo jakoś na przekór scenicznej deformacji, w ramach której każda emocja musi być przeskalowana do granic absurdu, zaczyna odczuwać dyskomfort, niepokój i niezręczność. „Very Ibsen” jest jak śmieszny horror albo podszyta grozą komedia, wszystko po to, żebyśmy w finale poczuli się jak jego sieroty po norweskim pisarzu, którym do poduszki czytano skandynawskie ponure dramaty, zaszczepiając niebezpiecznego wirusa trudnej do wyleczenia ibsceniczności.
