Recenzje

Very ibscenic

| 8 minut czytania | 203 odsłon

Po autorskiej, zrealizowanej poza teatralnym mainstreamem trylogii „Very”, Głupia i Gruba, czyli Dominika Knapik i Patrycja Kowańska, ruszają na podbój instytucji. Na pierwszy ogień poszedł Teatr Współczesny w Szczecinie, gdzie artystki zeszły ze sceny w kulisy, a na warsztat wzięły ibscenizm.

fot. Piotr Nykowski
fot. Piotr Nykowski

Ibscenizm, czyli wiwisekcję rodzinnych traum, w której celował patron szczecińskiej premiery, ale też inni Skandynawowie, jego koledzy po piórze (i nie tylko), od Strindberga, przez Bergmana, po Knausgarda – taką prawdziwie ekshibicjonistyczną, zahaczająca o obscenę, Kowańska i Knapik zaserwowały widzom w ciasnej i po mieszczańsku dusznej przestrzeni Sceny Nowe Sytuacje. Trafiamy tu do świata, w którym wszyscy cierpią, rodzinny dom jest więzieniem, a na zewnątrz jest tak zimno i wietrznie, że trzeba non stop nosić wełniane, gryzące swetry. I jeśli komukolwiek z bohaterów tej opowieści wyda się, że jest szczęśliwy, to może być pewien, że za chwilę jakiś usłużny krewny zdmuchnie ten lichy płomyczek, zostawiając w zamian „wieczny brak, lęk i czarną dziurę w klatkach piersiowych”.

Na scenie pojawia się piątka aktorów, artystów niebywale pojemnych, bo postaci, jakie mieszczą w sobie i które powołują do życia, jest kilka razy więcej. Tak wiele, że trzeba w pewnym momencie przerwać tok narracji krótkim przewodnikiem, mówiącym, kto tu jest kim i dla kogo. Żeby sprawę jeszcze bardziej skomplikować, nie jest do końca jasne, kto tu w kogo się wciela – aktor w postać, czy może postać w aktora. Bohaterowie dramatów Ibsena wydają się bowiem demonami, które czekają tylko na swoje pięć minut, żeby zawładnąć ciałem performerów, zamieniając je w mechaniczne zombie na wiecznie niezaspokojonym psychoterapeutycznym głodzie. 

Sam Ibsen umywa elegancko ręce od całego tego bigosu – w pierwszej scenie jest już martwy i zostawia swojemu literackiemu potomstwu w spadku nienapisaną sztukę. Sieroty po Ibsenie wejdą tu w role między innymi Oswalda (Kacper Kujawa), którego skomplikowana relacja z matką, panią Alving (Iwona Kowalska, która bywa też żoną budowniczego Solnessa) popycha do myśli samobójczych; Heddy i Nory (Joanna Matuszak), które w bólu niespełnienia znieść tego wszystkiego nie mogą; Borkmana i Starego Ekdala, który sapie, wzdycha i pojękuje na strychu (Arkadiusz Buszko); Jadwini, która ma fazę na dziką kaczkę i Hildy, przyjaciółki, a być może i kochanki Solnessa (Julia Gadzina); a także nieprzyjaciela rodziny Jadwini, oraz Helmera, męża Nory i Jorgena, męża Heddy (Michał Lewandowski), nie licząc kilku innych Ibsenowskich postaci, którymi obsada żongluje z prestidigitatorską zręcznością. Wszystko to w ramach seansu ustawień srellingerowskich (albo ibscenicznych, jak kto woli), tego całego „uzdrawiania traumy pokoleniowej w wersji instant”, pozwalając się nawiedzać upiorom norweskiej dramaturgii. Fakt, próbuje się też rozproszyć te duszne opary odrobiną ruchu (nordic walking, tarantella), ale na niewiele się to zda – przed pokoleniową traumą nie będzie ucieczki.

Sam Ibsen, gdyby żył, lub gdyby scena Nowe Sytuacje miała nieco większą pojemność, mógłby z powodzeniem uzupełnić ten pejzaż o swoje osobiste niedole. W końcu miał zaledwie piętnaście lat, kiedy został półsierotą, a ponieważ jego ojciec przed śmiercią zdążył zbankrutować, szybko musiał zakasać rękawy i zabrać się do roboty, przy czym już trzy lata później zdążył spłodzić dziecko ze starszą od siebie służącą, syna, z którym nigdy nie utrzymywał kontaktów. Jednak choć Ibsena we własnej osobie nie ma, to jego duch unosi się nad tą opowieścią. A choć w swoim rytuale odczyniania jego klątw Kowańska i Knapik co i rusz podsuwają mu pod nos krzywe zwierciadło, to efekt tej zabawy paradoksalnie odsyła nas do jej źródeł. Bo owszem, „Very Ibsen” jest esencją, wyciśniętą czy może raczej wykręconą z antologii norweskiego pisarza, a twórczynie spektaklu na przekór konwencji jego dramatów nie pozwalają swoim postaciom przeżywać ibscenicznych traum, taplać się w nich i zanurzać po szyję. Ale chociaż nie na konwencji serio i zaangażowaniu, ale na grotesce i dystansie opierając swoją grę i choć w jej trakcie śmiejemy się często i w głos, to konstatacja jest jednakowo gorzka jak w wypadku oryginalnych tekstów – żeby się uratować, trzeba odciąć próchniejące i przegniłe rodzinne konary, i uciekać jak najdalej, nie oglądając się za siebie. 

Wszystko to rozgrywa się w kalejdoskopowym tempie – dostajemy leksykon ibscenicznych traum, ze sceny na scenę teleportujemy się ze świata „Upiorów” do „Budowniczego Solnessa”, z „Dzikiej kaczki” do „Heddy Gabbler”, z „Heddy” do „Nory”, zahaczając jeszcze po drodze o „Johna Gabriela Borkmana”. Oto matka truje syna morfiną, stary architekt molestuje nastolatkę, jego żonie wali się dom i małżeństwo, dzieci umierają stadnie, mała dziewczynka strzela sobie prosto w serce, młode mężatki dławią się mieszczańskimi konwenansami, a starsi ludzie cierpią na przeżywaną w samotności depresję. Gdzie nie spojrzeć poupychane w szafach upiory wychylają swoje paskudne oblicza. I chyba tylko widzowi, który siedział za mną, mogło się wydawać, że najdobitniejszym przykładem obsceny będą otwierające spektakl projekcje ze scenami porodów rozmaitych istot, w tym tylko jednej ludzkiej – narodziny to początek, potem będzie gorzej. W dodatku Kowańska i Knapik cały ten ibsceniczny ekstrakt badają przez lupę opatrzoną filtrem współczesnej kultury terapii, która otwiera zarówno pole do ozdrowień, jak i nadużyć.

Wszystkie elementy tej rozkoszno-upiornej opowieści działają na efekt końcowy – od charakteryzacji i kostiumów Klaudii Hegab, które nadają postaciom rys karykaturalnego przerysowania, zamieniając je w postaci ni to z dziecięcej książeczki, ni to z kreskówkowej satyry. Rudowłosi i krzywozębi potomkowie Ibsena stają się trochę krewnymi Wikingów, a trochę postaciami z obrazów Muncha, w dodatku noszącymi kostiumy będące manifestacją nieco powygryzanej zębem czasu przytulności (swetry) i sportowego stylu życia (buty, spodenki). Scenograficzny projekt Knapik stoi w jawnym kontraście z didaskaliami, mówiącymi o bogato urządzonych mieszczańskich wnętrzach z widokiem na fiordy – to zagrzybione pomieszczenie bez okien, z kartonowymi, posklejanymi byle jak taśmą siedziskami. Projekcje na ekranach z norweskim malarstwem otwierają okna nie na rzeczywistość, ale na jej kolejne, powykrzywiane przetworzenia. Podobnie jak warstwa muzyczna Szymona Lechowicza, która domyka tę opowieść cytatami z Griega. I niezwykła choreografia Knapik, która dla dusznych cierpień znajduje formę wywiedzioną z ekspresjonistycznych horrorów, ale też z teatru lalkowego – ciało aktora wydaje się w scenach „ustawień” animowane przez jakąś zewnętrzną siłę. 

No i aktorzy – co do ich zespołowej dyspozycji od dawna nie miałam wątpliwości, ale to, co tutaj wyprawia cała szóstka, przechodzi wszelkie oczekiwania. Jako upiorne postaci z norweskiego trauma-kabaretu wszyscy są do zjedzenia: Kacper Kujawa i Iwona Kowalska, duet zombie w scenach srellinperowskiego opętania; Julia Gadzina, diabelska Pippi, nie do końca niewinna dziewczynka; Arkadiusz Buszko, który focha z postaci aktora obrażonego na rolę starca umiejętnie zaszczepia kreowanym przez siebie bohaterom; Michał Lewandowski zdolny obudzić demona nawet u największego poczciwca; i Joanna Matuszak, która Heddę i Norę klei w ekspresjonistycznie przegięty rysunek femme fatale.   

Dla Kowańskiej i Knapik „Very Ibsen” to spektakl przełomowy. Z jednej strony, pewne elementy warstwy formalnej pozwalają traktować go jako kontynuację i rozwinięcie cyklu duodramów, którymi duet Gruba i Głupia wyważył drzwi na polskie sceny – to między innymi mariaż z malarstwem, tu z obrazami norweskich mistrzów, Edwarda Muncha i Nikolaja Astrupa; to włączone w strukturę przedstawienia rozmowy na komunikatorze z aktorami; czy nawiązanie do konwencji żywych obrazów – w tym wypadku groteskowo wykrzywionych portretów rodzinnych. Bliska „Very Funny”, „Very Sad” czy „Very Cheap” jest też tonacja, zakładająca elementy wykładu performatywnego i kabaretu, tyle że tym razem miejsce podszytej groteską błazenady zajmuje czysta groteska, podkręcona do własnego ekstremum. 

Z drugiej strony, można „Very Ibsen” potraktować jako spełnienie manifestowanej w poprzednich performensach woli „przejęcia władzy” nad spektaklem w instytucjonalnym teatrze – Knapik i Kowańska pełnią role reżyserki, choreografki, dramaturżki, scenografki, nie są jednak obecne na scenie. I jest to wejście smoczyc – spektakl ma znakomite tempo, mało tego, wydaje się, że Gruba i Głupia opanowały do mistrzostwa umiejętność sterowania odbiorem publiczności, która z początku czuje się bezpiecznie w tej powykręcanej karykaturze skandynawskiego dramatu, co i rusz wybuchając nieskrępowanym śmiechem, a z czasem coraz częściej milknie, bo jakoś na przekór scenicznej deformacji, w ramach której każda emocja musi być przeskalowana do granic absurdu, zaczyna odczuwać dyskomfort, niepokój i niezręczność. „Very Ibsen” jest jak śmieszny horror albo podszyta grozą komedia, wszystko po to, żebyśmy w finale poczuli się jak jego sieroty po norweskim pisarzu, którym do poduszki czytano skandynawskie ponure dramaty, zaszczepiając niebezpiecznego wirusa trudnej do wyleczenia ibsceniczności.    

Tytuł spektaklu

Very Ibsen

Teatr

Teatr Współczesny w Szczecinie

Reżyser(ka)

Dominika Knapik

Autor(ka) recenzji

Magda Piekarska

Data premiery

04.10.2025

Dramaturg(żka)

Patrycja Kowańska

Czas trwania

80 minut

Obsada

Arkadiusz Buszko

Julia Gadzina

Iwona Kowalska

Kacper Kujawa

Michał Lewandowski

Joanna Matuszak

Realizacja

reżyseria, choreografia i koncept scenografii

Dominika Knapik

tekst, dramaturgia, wideo

Patrycja Kowańska

muzyka i udźwiękowienie

Szymon Lechowicz

kostiumy

Klaudia Hegab

reżyseria światła

Wolfgang Macher

scenografka wykonawcza

Karolina Grygier

asystent reżyserki

Kacper Kujawa

konsultacja wokalna

Sandra Klara Januszewska

inspicjentka

Magdalena Kaźmierska

W spektaklu zacytowano fragmenty sztuk Henryka Ibsena „Upiory”, „Dzika kaczka”, „Hedda Gabler”, „Dom lalki (Nora)”, „Jan Gabriel Borkman” w tłumaczeniu Walerii Marrené-Morzkowskiej.

W wideo użyte zostały reprodukcje obrazów Edvarda Muncha oraz Nikolaja Astrupa.

Zobacz także

Bądź na bieżąco!
Zapisz się do newslettera

Jeśli chcesz otrzymywać informacje dotyczące najnowszych aktualności i numerów Notatnika Teatralnego, zostaw swój adres.

Twój e-mail został zapisany