Recenzje

Boże Bożenko, pękłaś serce moje!

| 14 minut czytania | 419 odsłon
fot. Jeremi Astaszow
fot. Jeremi Astaszow

Przez satyrę na teatralnego boga, przez polityczną groteskę Piaskowski wraz z Sulimą budują przestrzeń dla wzruszenia, które w tym niezwykłym spektaklu zdarza się poza dyskusją o teatrze, o polityce, o kompleksie polskiej prowincji nawet.

Krystian wyjechał, premiera rozklupściana na amen. Oj, będzie materiał na nową dostawę memów  o Sosnowcu. W Teatrze Zagłębia Jędrzej Piaskowski z Hubertem Sulimą zrobili mały wielki spektakl z fantastyczną Mirosławą Żak w roli tytułowej.

Persona. Ciało Bożeny w Teatrze Zagłębia w Sosnowcu zapowiadała się na teatralizowaną odsłonę #Lupagate, w której po awanturze genewskiej twórcy z pokolenia trzydziestoparolatków uderzą w mistrza. Już sam tytuł, odwołujący się do ikonicznych przedstawień Lupy – Persony. Ciała Simone i Persony. Marilyn był czytelną wskazówką. Do tego zarys fabuły – oto w Sosnowcu słynny reżyser przygotowuje spektakl. W jednej z głównych ról – Magda (Agnieszka Bałaga-Okońska), gwiazda z samiusieńkiej Warszawy, w dodatku urodzona w Myszkowie, co podrzuca nader czytelny środowiskowy trop. Jako bohaterka trzeciej części tryptyku – teatralna sprzątaczka. Taki wybór pozwala odczytać gest mistrza jako rodzaj rehabilitacji, zwrot od popkulturowych ikon w stronę osób, które stoją za zapleczem sceny. Jakby tego było mało – Mirosława Żak w roli Bożeny (wspaniała Mirosława Żak, dodam od razu), aktorka, dla której pastiszowa, ewidentnie inspirowana Krystyną Jandą rola w wałbrzyskim spektaklu Był sobie Andrzej, Andrzej, Andrzej i Andrzej była istotnym punktem kariery. Dociekliwy widz pokręci tylko głową – przypadek? Nie sądzę. Skoro wówczas Strzępka z Demirskim zaatakowali przedstawicieli artystycznego establishmentu, pewnie teraz Piaskowski z Sulimą, na fali tego, co się wydarzyło wokół genewskiego spektaklu Lupy, ustawili właśnie jego na celowniku.

Czy będzie miał rację? Tylko do pewnego stopnia. Reżyser Krystian, choć osobiście nieobecny, jest ważnym bohaterem sosnowieckiej Persony. A przynajmniej wydaje się być ważny na początku tej historii. Jednak nie wyłącznie jako cel ataków, choć ostrze satyrycznego kozika raz i drugi dźga go po łydkach. Krystian uruchamia i utożsamia nadzieje, ambicje i aspiracje nie tylko członków zespołu, ale i przyjezdnej gwiazdy oraz mieszkańców Sosnowca. Jego spektakl ma odczarować prowincję, skierować na sosnowiecką scenę światła reflektorów. Ale próby się przeciągają, z czym zresztą zdecydowana większość obsady pokornie się godzi, w dodatku niewiele z nich wynika – możemy się tylko domyślać, że na tydzień przed premierą zamiast zarysu przedstawienia istnieje jakiś chaotyczny zestaw pomysłów na sceny, w których postać Bożeny grana przez aktorkę Magdę przeistacza się w płonącą na stosie czarownicę, a z prostytutem, który brał udział w orgii w Dąbrowie Górniczej konwersuje Pola Negri (Ryszarda Bielicka-Celińska), która kiedyś przeżyła w mieście płomienny romans przypieczętowany zakupem kamienicy. Jest jeszcze MM (Natalia Bielecka) w różowej obcisłej sukni prosto z planu Mężczyźni wolą blondynki i prosto z innego spektaklu Krystiana. Są i aktorzy, którzy wprawdzie nie wiedzą, kogo grają, ale tylko jeden z nich (Charyton) odważy się zbuntować. 

Wreszcie reżyser wyjeżdża, porzucając i obsadę, i niedokończony projekt, o swojej decyzji informując tchórzliwie SMS-em i zostawiając za sobą – wydawałoby się – zgliszcza. Warszawska gwiazda wpada w szał, odkrywając, że jej apetyt na rolę, która byłaby miksem mamy Madzi i Hitlera, pozostanie niezaspokojony, Paweł (Charyton), który już wcześniej podważał metody Lupy, odchodzi, i tylko Rysia (Bielicka-Celińska) snuje się po scenie w obcisłej sukni z tafty i papierosem w lufce. Zamiast spektaklu Krystiana będzie kolejna wersja Fredrowskiej Zemsty, od której zaczęła się historia Teatru Zagłębia – tym razem w reżyserii dyrektora.

Ale choć w pewnym wymiarze spektakl Piaskowskiego i Sulimy pozostanie krytyką współczesnego teatru – z jego hierarchiami, z przemocowym charakterem relacji, z finansowymi nierównościami; choć Persona. Ciało Bożeny obnaża i ośmiesza charakter aspiracji wobec mainstreamu, a poprzez kryzys w zespole pokazuje klasową strukturę instytucji, w której inspicjentka (Katarzyna Giżyńska) czy sprzątaczka (Żak) stają się dziewczynkami do bicia, na których sfrustrowani artyści wyładowują swoje emocje; choć zarówno prosta, projektowana jakby pod farsę, a zarazem pastiszowa scenografia Piaskowskiego (drzwi, kotary, szezlong); jak i dookreślający postaci kostium (i peruki!) Rafała Domagały wprowadzają nas w klimat satyry, w której role zostały na sztywno rozdane, to po brawurowym i zapowiadającym rodzaj scenicznej karykatury prologu następuje nagły zwrot i spektakl kompletnie zmienia melodię i charakter.

Oto na scenę wchodzi Bożena, rozczochrane czupiradło w fartuszku w niebieskie kwiatki, ciągnąc za sobą odkurzacz, bo przecież cały ten bałagan po odwołanej premierze trzeba wreszcie sprzątnąć. Milcząca, zamknięta w sobie, nie chce powiedzieć nic o tym, co wydarzyło się w trakcie spektakularnego załamania, zakończonego ucieczką do lasu – to właśnie z tego powodu o niej, o Bożenie K. pisały wszystkie gazety w kraju i dlatego też niemal trafiła na teatralny afisz. I oto słysząc w płaczu Magdy swój własny płacz jest gotowa przerwać milczenie. Opowiedzieć o odziedziczonej po swojej babce traumie, która wygoniła ją do lasu; o zagłębiowsko-śląskich konfliktach, które odseparowały ją od brata (Kocuj) skuteczniej niż opór wobec jego coming outu; o córce Wanesce (Bielecka) wyznającej koństrzeństwo; o tym, że głosowała na PiS i nie ma najmniejszego zamiaru się tego wstydzić, bo wreszcie nikt nie nazywał jej pasożytem, moherem, spadem, dzieciorobem i darmozjadem; i jeszcze, że najprawdopodobniej jako jedyna w teatrze uważnie przestudiowała lekturę, którą Krystian podsunął aktorom – Radykalne wybaczanie Colina C. Tippinga, porzucone w sali prób – i postanowiła opisaną w niej metodę wprowadzać w życie: „Więc sobie powiedziałam: a dobra, od dzisiaj będę wybaczać, a co mi tam? Gorzej nie będzie”. Oto Bożena, która nie chce być kimś innym, kimś więcej, której podoba się przeciętność, która, żeby się odwkurzyć i odzmęczyć słucha starej Dody i marzy o termomiksie, która samodzielnie, pracowicie wydeptuje drogę do zaakceptowania samej siebie. 

Nie jest zresztą jedyną przedstawicielką świata, który funkcjonuje na marginesie sztuki, dla tworzących ją artystów długo pozostając niewidzialnym – należy do niego brat Bożeny (Kocuj), który po wyjeździe z kraju założył wraz z partnerem firmę zajmującą się transportem dzieł sztuki, czy pan Olek (Aleksander Blitek), techniczny, który dorabia sobie do pensji rozwożeniem chleba, marząc o małej choćby rólce u Krystiana i który chyba najbardziej ze wszystkich jest zafascynowany procesem powstawania spektaklu, i autentycznie przejęty jego fiaskiem.

Napisałam wcześniej, że Mirosława Żak jest wspaniała w tej roli i pora wytłumaczyć się z tego przymiotnika. Przyznając też, że większość obsady ciężko pracuje na ten „efekt Bożeny”, polegający na wycofaniu, spowolnieniu, wyciszeniu w opozycji do „aktorskich” widowiskowo granych histerii, humorów, egzaltacji. Z drugiej strony zagrać przeciętność na scenie może i byłoby łatwo, ale zagrać ją tak, żeby skoncentrować na sobie uwagę widza, mając konkurencję w postaciach mocniej, ostrzej, bardziej wyraziście zarysowanych – to już rzadka umiejętność. W dodatku Bożena Mirosławy Żak przechodzi na scenie wyznaczaną subtelnymi środkami ewolucję – od ucieczki przed światem do stawienia mu czoła. A choć – jak dla wielu innych postaci w tej opowieści – i dla niej materiałem są również uproszczenia i stereotypy, to aktorka potrafi tak ich najostrzejsze kanty rozprasować, że nie zostaje po nich ślad. Jej Bożenie się wierzy od początku do końca, do tego stopnia, że chciałoby się z nią siedzieć godzinami pod schodami, w kanciapie na szczotki, słuchając jej opowieści. Jeśli Żak nie dostanie za tę rolę worka nagród, będzie to smutnym, nie pierwszym i nie ostatnim świadectwem, że nie ma sprawiedliwości w teatralnym świecie.

Moja (i pewnie nie tylko) ulubiona scena w tym spektaklu? Nie, wcale nie ta, w której aktor Tomek grany przez Tomasza Kocuja podrabia (znakomicie zresztą) Krystiana Lupę. I nie ta, w której Donald (Paweł Charyton) czule żegna umierającego Kaczora (znów Kocuj), śpiewając mu na ostatnią drogę Barkę. Oto Waneska, córka Bożeny, pasjonatka hobby horse, przekonana, że przed ludzkością nie ma innej drogi wyjścia z kryzysu, jak tylko odkryć w sobie wewnętrznego konia i się z nim zespolić w koństrzeństwie, chce zrobić matce zdjęcie. Bożena jest skrępowana – zamiast w uśmiech stroi twarz w niezręczny grymas, na prośbę Waneski zdejmuje fartuch, żeby zaraz go założyć, omija wzrokiem obiektyw, a pytana o ulubiony kolor, nie potrafi odpowiedzieć. Kiedy inne sposoby zawodzą, córka prosi ją, żeby założyła maskę – końską głowę. Bożena dotyka jej nieśmiało, cofa ręce, jakby sztuczny koński łeb raził ją prądem, wreszcie zdobywa się na odwagę. I nagle wydarza się cud – plecy, przedtem zgarbione, prostują się, głowa unosi się do góry. Otwiera się szczelina w zbudowanej z szarego golfa, poliestrowego fartucha i skołtunionej peruki skorupie, w której Bożena chowa się przed światem: – Przez całe życie się bałam – mówi. – Wszystkiego. Nawet przyjemności. Przyjemność jest niebezpieczna. Można się w niej zatracić, traci się wtedy kontrolę, jest się jak… zwierzę… Lepiej nikogo nie dotykać, nie być dotykaną. Kiedy przyjemność cię otuli, kiedy jej zaufasz, wtedy – zawsze niespodziewanie – bach! Zostaje ci odebrana. Ja nie miałam siły na to. Kompletnie się zaniedbałam. Powtarzałam sobie: żeby tylko się w nikim i niczym nie zakochać. Miłość to najgorsze, co ci się może przydarzyć, Bożena. Nigdy więcej… Ale gdzieś w głębi chciałam być jak ten koń, żeby nawet, kiedy to serduszko zostanie złamane, wybiegać w świat i iść tam, gdzie chcę, przeskoczyć każdy płot, wierząc, że to serce połamane się zrośnie, naprawi… (albo rozpadnie całkowicie) ale biec, biec…

Oto jak przez satyrę na teatralnego boga, przez polityczną groteskę Piaskowski wraz z Sulimą budują przestrzeń dla wzruszenia, które w tym niezwykłym spektaklu zdarza się poza dyskusją o teatrze, o polityce, o kompleksie polskiej prowincji nawet. A jednocześnie gdzieś na innym, głębszym poziomie mówi też o tym wszystkim, pozostając jednocześnie portretem ludzkiego, intymnego, przełamującego dystans gestu, zapisem momentu uwolnienia, niezwykłej transformacji, przemiany, jaką daje jeden z coraz rzadziej używanych teatralnych rekwizytów – maska.

Jednocześnie Sulima z Piaskowskim odwracają porządki – wehikułem tej najbardziej spektakularnej przemiany, jaka dokonuje się tego wieczora w Sosnowcu, staje się nie spektakl przygotowany przez najwybitniejszego żyjącego artystę (nawet gdyby Krystian dokończył swoją pracę, to scena palenia ostatniej sosnowieckiej czarownicy raczej budzi obawy niż pozytywnie rokuje), ale hobby horsing, nowa dyscyplina, ulubiony sport nastolatek, ujeżdżających atrapy koni sprowadzone do głowy osadzonej na patyku, w najlepszym razie traktowany jako sezonowa ciekawostka, znacznie częściej – bezlitośnie wyśmiewany. To przeniesienie pokazuje też dobitnie, że w momencie kiedy obiektem pożądania pokoleń 30–40 latków jest niedosięgły z perspektywy prowincji, podziwiany przez barierę szklanego ekranu mityczny warszawski mainstream, młodsi są zupełnie gdzie indziej, doskonale obojętni na dawne autorytety. Na podobnej zasadzie twórcy przedstawienia zdają sobie sprawę, że lekiem na kompleks prowincji i przeciętności nie jest importowanie tego, co modne i popularne w dużych ośrodkach, ale przyglądanie się z uwagą najbliższemu otoczeniu. Bożena jako bohaterka spektaklu? Czemu nie, o ile nie weźmiemy w nawias bagażu patologii, o którym sama opowiada, nie dosztukujemy jej sztucznie historycznych korzeni, ale wysłuchamy opowieści o jej własnych traumach i nie będziemy się oburzać, kiedy przyzna, że głosowała na PiS.

Jeśli wrócić do metody radykalnego wybaczania, która uruchomiła cały ten proces, okaże się, że Sosnowiec – ten realny i wyobrażony na scenie – jest dobrym polem dla takiego eksperymentu. Tipping uważa, że nie doznamy ulgi i nie będziemy w stanie się rozwijać, jeśli nie wyjdziemy z pozycji ofiary, nie uznamy, że doznane krzywdy wydarzyły się po coś, i nie wybaczymy – bez względu na ich ciężar – sprawcom. Piaskowski z Sulimą tworzą na scenie Teatru Zagłębia utopijną wizję. Sprawiają, że na pytania, czy Sosnowiec wybaczy reszcie Polski śmiech i pogardę, czy Zagłębioki i Ślązoki zakopią topory, czy obsada Persony wybaczy Krystianowi, ofiary wojny Hitlerowi, a Bożena wszystkim tym, którzy dorzucili po kamyku do niewidzialnego worka, który dźwiga na plecach, odpowiadają – tak, to możliwe. Przekonanym, że dostaną teatr, który boleśnie kąsa, koniec końców proponują przytulenie. 

Tytuł spektaklu

Persona. Ciało Bożeny

Autor(ka) tekstu

Hubert Sulima

Teatr

Teatr Zagłębia w Sosnowcu

Reżyser(ka)

Jędrzej Piaskowski

Autor(ka) recenzji

Magda Piekarska

Data premiery

09.02.2024

Scenograf(ka)

Jędrzej Piaskowski

Czas trwania

135 minut (bez przerwy)

Obsada

Agnieszka Bałaga-Okońska

Ryszarda Bielicka-Celińska

Mirosława Żak

Paweł Charyton

Natalia Bielecka

Katarzyna Giżyńska

Aleksander Blitek

Tomasz Kocuj

Realizacja

reżyseria, scenografia

Jędrzej Piaskowski

tekst, dramaturgia i reżyseria światła

Hubert Sulima

koncept, postaci, fabuła, dialogi

Jędrzej Piaskowski, Hubert Sulima

kostiumy

Rafał Domagała

opracowanie plików muzycznych

Tomasz Olczuk, Rafał Witkowicz

inspicjent

Katarzyna Giżyńska

sufler

Agnieszka Dzwonek

Zobacz także

Bądź na bieżąco!
Zapisz się do newslettera

Jeśli chcesz otrzymywać informacje dotyczące najnowszych aktualności i numerów Notatnika Teatralnego, zostaw swój adres.

Twój e-mail został zapisany