Recenzje

Sokrates jest zmęczona

| 15 minut czytania | 608 odsłon
fot. Bartek Barczyk dla Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
fot. Bartek Barczyk dla Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie

Władzę nad debatą o politycznej i społecznej sprawiedliwości Jan Klata w swoim krakowskim spektaklu oddaje kobietom.

To postaci Sokrates grane przez Dominikę Bednarczyk i Karolinę Kazoń byłaby w stanie przywrócić jej właściwe proporcje. Byłyby w tym scenicznym „Państwie” Sokrates jest kobietą, która reprezentuje mądrość zderzającą się z ignorancją, relatywizmem i uporem tych, co wiedzą lepiej. A choć tytułowe państwo kieruje nas w stronę cywilizacji, na gruncie której stoi wciąż współczesny system wartości, to mądrość nie jest tam wcale cnotą, ale trudnym do zamaskowania defektem.

W holu Teatru Słowackiego przed spektaklem co i rusz powtarza się komunikat o konieczności założenia słuchawek, bez których odbiór „Państwa” będzie utrudniony. To eufemizm: bez tłumaczenia ze starogreckiego, którym posługują się na scenie aktorzy, z tekstem Platona w oryginale poradziliby sobie pewnie jedynie filolodzy klasyczni wątpliwe, czy udałoby im się zapełnić widownię dużej sceny.

Mówiąc szczerze, wątpię, czy uda się ją zapełnić na kolejnych setach mimo słuchawek. Bo nawet z kalejdoskopowymi projekcjami Natana Berkowicza, z intensywnym ruchem scenicznym Maćka Prusaka, z wywiedzionymi gdzieś ze świata mangowych komiksów kostiumami Mirka Kaczmarka, z anonsami o polsko-niemieckiej koprodukcji, „Państwo” robi wrażenie spektaklu zaprojektowanego na mniejszą, bardziej kameralną przestrzeń, może na Scenę Małopolskiego Ogrodu Sztuki, na której Słowacki eksploatuje przecież zrealizowane z większym rozmachem przedstawienia, takie jak chociażby „Znachor” w reżyserii Jakuba Roszkowskiego. 

Przy czym zaznaczę od razu, że chciałabym się mylić wizja państwa, w którym publiczność zapełnia największą teatralną salę w mieście, żeby przez niespełna dwie godziny słuchać platońskich dialogów, jest mi bliska. Kłopot w tym, że jakkolwiek cienie tych widzów wypełniających loże na wszystkich piętrach widzę na ścianach mojej jaskini, to wystarczy, że wychylę się z niej, żeby przekonać się jak bardzo skrzeczy rzeczywistość na te marzenia. Bo z całym arsenałem wizualnych zabawek i środków z instrumentarium nowoczesnego teatru, „Państwo” pozostając wierne tekstowi Platona, ma wciąż lekko anachroniczny charakter lektury, podkręconej trochę ruchu i w obrazku. I choć brzmi to jak zarzut, jest to raczej chłodna konstatacja jestem przekonana, że taki był cel tej adaptacji, która z tekstem podawanym w starogreckim mocno pracuje na wysiłku powrotu do źródeł.

Dostajemy zatem tekst platońskich dialogów w oryginale (pomijając dwie sceny z monologami po polsku i po niemiecku). Doceniam tytaniczną pracę aktorów, bo przecież nie chodzi tu tylko o opanowanie ogromnych partii tekstu w języku, którym dziś potrafi posługiwać się i to raczej w piśmie niż w mowie zaledwie garstka filologów, ale o stworzenie na tej bazie wyrazistych, pełnokrwistych postaci. Domyślam się, czemu miał służyć ten zabieg oto reżyser sięga po tekst napisany wieki temu, w zupełnie innych społeczno-politycznych realiach, w innym kręgu kulturowym. I podkreślając te wszystkie bariery mówi nam: popatrzcie, cokolwiek byśmy nie zrobili, czy nie brzmi to aktualnie? Czy zamiast komentować po raz tysięczny nasze realia na Facebookach, nie lepiej czytać Platona? Wysłuchać wreszcie Sokratesa?

Klata od początku podąża więc za tekstem Platona, akcentując te fragmenty, które czytane z dzisiejszej perspektywy mogą brzmieć niepokojąco. Tak jak sam początek opowieści Sokrates w towarzystwie Glaukona wraca z Pireusu, dokąd udał się na modlitwę, ale też, żeby przyjrzeć się trackiej procesji. W drodze powrotnej zostaje zatrzymany przez Polemarcha, syna Kefalosa i kilku innych mężczyzn. Polemarch zwraca się do Sokratesa:

Zdaje mi się, że się macie ku miastu; niby chcecie wracać.

Nieźle się domyślasz powiedziałem. 

A ty widzisz powiada ilu nas jest?

Jakżeby nie?

No to musicie powiada albo tych tutaj pokonać, albo zostaniecie na miejscu.

Noo mówię jeszcze jedna możliwość zostaje; może my was przekonamy, że trzeba nas puścić do domu.

A czyżbyście potrafili przekonać takich, co nie słuchają?

Żadną miarą mówi Glaukon.

Więc że my nie będziemy słuchali, tego bądźcie pewni”.

Sytuacja jest dwuznaczna czy to zaproszenie, czy szantaż, niemalże uprowadzenie? Na pewno propozycja z gatunku tych nie do odrzucenia, jakie składają ci, którzy mają władzę, tym jej pozbawionym. Sokrates jest zatem gościem czy zakładnikiem? Szanowanym mędrcem czy zabawką możnych, którzy w rozmowie z nim szkolą erystyczne chwyty? No i do czego prowadzi ta zabawa w przekonywanie takich, co nie słuchają? W tekście te wątpliwości zostają szybko uciszone okazuje się, że przywołany tutaj dialog ma konwencję ironicznej gry, jak to między przyjaciółmi. Klata rezygnuje z tego nawiasu, aby budować napięcie, o które jest łatwiej o tyle, że w tej scenie to kobieta jest obiektem męskiej opresji. A napięcie jest niezbędne, skoro sceniczny dramat musi zmieścić w ciągu niespełna dwóch godzin i filozoficzną dysputę, i wyrok skazujący Sokratesa na karę śmierci.

Nieprzypadkowo mądrość w „Państwie/Der Staat”, polsko-niemieckiej koprodukcji Słowackiego z teatrem w Mannheim ma dwie twarze. Sokrates, ta grana przez Bednarczyk, jest zmęczona. Jej dialogi z Kefalosem (Jacek Strama), Polemarchem (również podwojony przez Mateusza Bieryta i Wojciecha Dolatowskiego), Glaukonem (Marcin Kalisz), Trazymachem (Linda Pöppel), Adejmantosem (Marcin Sianko) coraz mniej przypominają gorące polemiki, coraz więcej wysiłku bohaterka wkłada w powtarzanie starych prawd, jakby bez wiary, że trafią wreszcie do słuchaczy, jakby w swojej przenikliwości wiedziała już, do czego ją to doprowadzi. Pomysł, żeby w roli Sokrates obsadzić aktorkę, której rola Gustawa/Konrada w głośnej realizacji „Dziadów” w reżyserii Mai Kleczewskiej wywołała polityczną burzę wokół krakowskiej sceny, jest trafiony w punkt dla polskich widzów ten kontekst będzie aż nadto czytelny. Oto po raz kolejny aktorka gra rolę napisaną dla mężczyzny i po raz kolejny jej postać podważa zastany porządek świata jakkolwiek rewolucyjny zapłon tkwiący w jej wywodach w „Państwie” polega raczej na wysiłku przywrócenia właściwych proporcji. 

Kiedy Sokrates Bednarczyk słabnie, zastępuje ją Sokrates Kazoń mimo podobieństwa podkreślonego kostiumem i peruką, wnosi na scenę zupełnie inną energię. To Sokrates czerpiąca siłę z debaty, sycąca się nią, karmiąca polemiką, uwodzącą błyskotliwością wywodu, mędrczyni świetnie odnajdująca się w świetle reflektorów, błyskotliwa i ironiczna, nieujarzmiona we współczesnym świecie pewnie zasiliłaby grono ekspertów zasiadających w telewizyjnych studiach.

W dalszej części spektaklu nie ominiemy platońskiej jaskini, na której ścianach pojawiają się co i rusz nowe, wyczarowane przez Berkowicza fantastyczne światy od bajecznie kolorowych, fluorescencyjnych fantazji wokół Arkadii, po niepokojące, oddane w odcieniach szarości zapowiedzi katastrofy w finale. Te wizje działają jak narkotyk, sprawiając, że uwięzionym w jaskini ludziom tylko wydaje się, że podążają w stronę wyjścia, tak naprawdę, poruszając się spazmatycznie, tkwią w miejscu. Ironiczne odbicie nas wszystkich, odciętych od prawdy, tkwiących we własnych skorupach i bańkach, do których docierają jedynie zniekształcone powidoki zewnętrznego świata.

A choć wydaje się, że Klata robi wszystko, żeby w inscenizacji uciec przed współczesnym, politycznym kontekstem sięga po starogrecki, wrzuca platońskie dialogi w abstrakcyjną przestrzeń to dopisuje się on sam, na różne sposoby, zaczynając od dysputy o sprawiedliwości, otwierającej sceniczną opowieść. 

„Więc zdaje się, że sprawiedliwość i według ciebie, i według Homera, i według Simonidesa to będzie pewna sztuka złodziejska, oczywiście, że skierowana na dobro przyjaciół, a na szkodę wrogów. Czy nie tak mówiłeś?” pyta w „Państwie” Sokrates Polemarcha, młodego syna Kefalosa, gospodarza domu, w którym odbywa się nocna debata.

„Ależ na Zeusa, nie tak; ja już nie wiem i sam, co mówiłem” odpowiada Polemarch, wyraźnie pogubiony. „To jedno tylko jeszcze mi się słuszne wydaje, że sprawiedliwość przynosi korzyść przyjaciołom, a szkodzi wrogom”.

U Klaty Polemarch (Mateusz Bieryt) zamienia pokorę i zagubienie we własnej argumentacji na butę i pewność siebie w pierwszej scenie celuje palcem w widzów siedzących na widowni Teatru Słowackiego i wykrzykuje, że tak, właśnie tym jest sprawiedliwość złodziejstwem wobec wrogów, na rzecz przyjaciół. Korekta jest niewielka, ale w zderzeniu z politycznym kontekstem działa piorunująco. Premierowy set jest grany, kiedy w mediach nie kończy się wyliczanka kwot, które swoim przyjaciołom z publicznej kasy wypłacali partyjni nominaci Prawa i Sprawiedliwości, kiedy dostajemy kolejne dowody na relatywizm dotykający instytucje państwa, na umowność sądowych orzeczeń, które mogą w każdej chwili zostać unieważnione, na względność pojęć, zgodnie z którą skazany na więzienie przestępca jest nazywany męczennikiem, kiedy wreszcie zaczynamy na nowo przyglądać się słowu „sprawiedliwość”, zawłaszczonemu na długie lata przez partię, która dziś nie może przeboleć odsunięcia od władzy. I ta pozostawiona za drzwiami teatru rzeczywistość polityczna nieustannie pracuje na sceniczną opowieść, niezależnie od tego, jak bardzo na różnych polach dystansuje się od niej inscenizacja.

Początek jest zatem jak grzmot, który zapowiada urwanie chmury. A choć takich punktowych zderzeń będzie więcej, to po tym pierwszym napięcie raczej siada zamiast rosnąć. Szczęśliwie dobra passa powraca w finale, kiedy fragmenty „Obrony Sokratesa” brzmią w wykonaniu Dominiki Bednarczyk nareszcie co za ulga! po polsku. Znajdziemy w nich zwierciadło naszych czasów, kiedy słowo „mędrzec” (choć tu prosi się raczej o mędrczynię) nabiera charakteru obelgi.

Spektakl Klaty miał zakrojoną szeroko ambicję, której podporządkowano karkołomny pomysł wygłoszenia tekstu Platona w języku starogreckim. Pomysł, dodajmy, zrealizowany przez aktorów Słowackiego śpiewająco podczas prób, przy pomocy teatrolożki i filolożki klasycznej Olgi Śmiechowicz opanowali ten martwy język na tyle dobrze, że robią wrażenie, jakby posługiwali się nim całkowicie swobodnie. A jednak, mimo szacunku dla ogromnego wysiłku aktorów, nie sposób, słuchając głosu lektora w słuchawkach, nieustannie nie podważać tego rozwiązania, nie zadawać pytań, czy efekt końcowy był wart tej tytanicznej pracy i czy ten zamysł scenicznie się sprawdza. Zarazem jest w nim coś straceńczego, jak skok na główkę do wody bez sprawdzenia jej głębokości. Bo choć mimo hipnotyzujących projekcji wideo Natana Berkowicza, bajecznie kolorowych kostiumów Mirka Kaczmarka, oprawy muzycznej, poświęcenia aktorów, dostajemy w istocie udramatyzowany wykład, zainscenizowaną z przepychem lekcję z Platona, to wychodząc z teatru nie sposób nie zadać sobie pytania, czy to tylko tyle, czy może jednak aż.

Tytuł spektaklu

Państwo / Der Staat

Autor(ka) tekstu

Platon

Teatr

Teatr im. Juliusza Słowackiego

Reżyser(ka)

Jan Klata

Autor(ka) recenzji

Magda Piekarska

Data premiery

19.01.2024

Dramaturg(żka)

Olga Śmiechowicz

Scenograf(ka)

Mirek Kaczmarek

Czas trwania

100 minut

Obsada

Sokrates

Dominika Bednarczyk

Sokrates

Karolina Kazoń

Polemarch

Mateusz Bieryt

Polemarch

Wojciech Dolatowski

Glaukon

Marcin Kalisz

Adejmantos

Marcin Sianko

Kefalos (dublura)

Feliks Szajnert

Kefalos (gościnnie)

Jacek Strama

Trazymach (gościnnie)

Linda Pöppel

Realizacja

adaptacja, reżyseria, opracowanie muzyczne

Jan Klata

adaptacje, dramaturgia, przekład, nauka języka starogreckiego

Olga Śmiechowicz

scenografia, kostiumy, światło

Mirek Kaczmarek

ruch sceniczny

Maciej Prusak

video

Natan Berkowicz

Zobacz także

Bądź na bieżąco!
Zapisz się do newslettera

Jeśli chcesz otrzymywać informacje dotyczące najnowszych aktualności i numerów Notatnika Teatralnego, zostaw swój adres.

Twój e-mail został zapisany