Portrety

Dorota Pomykała. Siła

| 13 minut czytania | 681 odsłon

W „Kobiecie na dachu” zagrała Mirkę, panią Mirosławę. Kobietę, jaką dobrze znamy. Z ulicy, ze sklepu, także z domu. Mirki mają różne imiona, ale w filmie Anny Jadowskiej zyskały jedną, wspólną twarz. To twarz Doroty Pomykały.


Mirka prawdę Ci powie

Taka ładna buzia, taka plastyczna, a przecież wszystko się tam wymalowało – nawet lata całe bez makijażu, którego poza sceną aktorka po prostu nie używa. Czas się wymalował. I Mirka Pomykały jest czasem wszystkich kobiet, jest też czasem samej Doroty Pomykały.

Ta kobieta, bohaterka filmu, nie przypomina samej Doroty. Jest zamknięta, małomówna, skrajnie introwertyczna, kompletnie nie radzi sobie z życiem, zmaga z depresją, nie miała w życiu zbyt wiele szczęścia, a przynajmniej tak się jej zdaje. To w ogóle nie jest Pomykała, wesoły ognik, błyszczące oczy, dziesiątki ról na koncie, od epizodów po role główne. Żeby jednak tak wspaniale (wybitnie) zagrać Mirkę, trzeba chociaż trochę nią być albo doskonale ją wyczuć, zrozumieć: przejąć cichość bohaterki, jej nieufność, rozpacz która nie krzyczy, rozpacz, która kwili jak niemowlę. Taka jest Mirka, tak zagrała ją Pomykała.

„Twarz jak mapa” tak w „Interii” pisałem o jej roli w „Kobiecie na dachu” „Nie od razu może mapa świata, ale mapa jakiegoś życia. A te egzystencje są różne, ale są na swój sposób też podobne. Mira jak świat. Pomykała jak świat. Nic na tej twarzy nie jest zbędne. Operatorka, Ita Zbroniec-Zajt, fotografuje aktorkę tak, że twarz, rozjaśniona twarz Pomykały, wydaje się przezroczysta. Złudzenie optyczne. Tam mieści się mnóstwo cienia, pergamin i popiół, albo spopielony pergamin. Przyjrzyjcie się uważnie. Oto kobieta, oto Mira, oto Pomykała. Pracuje w szpitalu, przyjmuje porody, płaci rachunki, czasami zapomina, robi zakupy, czasami przesadza, stara się być metodyczna, ale myśli uciekają i nie wiadomo gdzie w końcu dolatują, na pewno nie do celu. Taka jest Mira, takie jesteście, tacy jesteśmy. Łatwo napisać, ale jak pokazać? Jak pokazać przezroczystość świata? Zapytajcie Pomykały, ona nam powie, a jeżeli nie powie, to na pewno pokaże. W filmie Jadowskiej pokazuje. Nie schodzi niemal z ekranu, słyszymy prawie każdy jej oddech. Przezroczysta kobieta oddycha. Patrzy, reaguje, milczy, krytycznie ocenia swoją kobiecość, a chwilami jest z niej dumna, zgasiła płomień, ale jeszcze stara się to odzyskać. Przezroczystość nie ma barwy, ale można trochę ją zaróżowić, przypudrować, zamaskować przekrwienia. Właśnie po to, żeby w chwili prawdy, w momencie unisono, zdejmować z siebie te wszystkie warstwy jak markiza de Merteuil w „Niebezpiecznych związkach”. Żeby dogrzebać się do miejsca, gdzie przezroczystość staje się ciałem. Dogrzebać się do Miry. Pomykała zasadziła tam kwiatki”.

Dorota Pomykała, rys. Michał Marek
Dorota Pomykała, rys. Michał Marek

Twarze Doroty 

Ta najważniejsza ze wszystkich dotychczasowych, teatralnych i filmowych ról Pomykały, została zbudowana z pamięci mniejszych i większych wcześniejszych kreacji aktorki. To przecież gigantyczny wykaz charakterów, póz, emocji. Amantki, sekutnice, przyjaciółki, kobiety zaburzone, kobiety wytworne, ze skazą, namiętne, chore i wygimnastykowane, wesolutkie i z migreną, senne i wyspane. Wszystkie twarze Doroty w jednej twarzy Mirki z „Kobiety na dachu”. Najwięcej z tych twarzy zagrała w teatrze. W Narodowym Starym Teatrze im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie. 

Nie zawsze może być święto. Nie zawsze Mirka, ale zawsze Pomykała. W „Starym Teatrze” grała niby stale, ale były przecież sezony, pamiętam je dobrze, kiedy w zasadzie nie wychodziła na scenę. Pracowała wtedy głównie w telewizji, w serialach, spełniała się jako pedagog w prowadzonym z siostrą studium aktorskim Art-Play w Katowicach, której absolwentami byli między innymi Łukasz Simlat, Kamilla Baar czy Agata Buzek, prawdziwa kuźnia talentów. W rodzimym teatrze pracowała wtedy niewiele, co dla aktorki, dla której teatr Stary Teatr w Krakowie był zawsze punktem odniesienia, musiało być zaskakujące. Po Jarockim, po Wajdzie, lata ciszy, próba zepchnięcia na margines. Próba nieudana. 

Potwierdzają to ostatnie, świetne role w „Starym” żywiołowa Carmella w „Trąbce do słuchania” w reżyserii Agnieszki Glińskiej; a wcześniej choćby wstrząsająca Małgorzata w „Woyzecku” Georga Büchnera w reżyserii Mariusza Grzegorzka; lamentująca matka żegnająca się, na różne sposoby, z synem w spektaklu „Nadchodzi chłopiec” Han Kang w reżyserii Marcina Wierzchowskiego; zdumiewająca, bawiąca się własnym emploi – oraz własnym nazwiskiem! w „Aktorach prowincjonalnych. Sobowtórze” w reżyserii Michała Borczucha; zapalona ekolożka, doktor Carson w „Triumfie woli”; wreszcie kreacja aktorki w „Roku z życia codziennego w Europie Środkowo-Wschodniej”, kolejnej wspólnej pracy duetu Demirski-Strzępka. 

Nowa w „Starym” 

W zespole Starego Teatru w zasadzie przez całe zawodowe życie. Dyplom uzyskała w 1981 roku, ale pierwszą rolę w teatrze zagrała jeszcze jako studentka. Debiutowała w 1979 w widowisku „Jan Kochanowski” w reżyserii Jana Korwina-Kochanowskiego.

Po raz pierwszy zobaczyłem ją w sztuce „Listy miłosne” Alberta Gurneya w reżyserii Włodzimierza Nurkowskiego. Niby tylko bulwar, ale w scenicznym bestsellerze granym w „Starym” przez wiele sezonów, w uczuciowym duecie z Edwardem Linde-Lubaszenką, udało się Pomykale pokazać całą głębię uczuć, zawartych nie w wyznaniach, zmysłowych westchnieniach czy w emocjach, ale w pisanych do siebie miłosnych listach. Sztuka epistolografii. Kto dzisiaj o tym wszystkim pamięta?

Wajda i Nurkowski. Glińska i Strzępka. Grzegorzewski i Pampiglione. Jarocki i Grzegorzek. Szydłowski i Wiśniewski. Jako jedna z nie tak znowu wielu aktorek „Starego”, nie pozwoliła się przypisać do jednego tylko nurtu czy typu ról. Mistrzowie i debiutanci, eksperyment i konwencja, farsa i moralitet. We wszystkim było jej do twarzy. Wszystkie twarze Doroty. 

Nawet jeżeli na parę lat uciekła do Warszawy – ciekawe role w Teatrze Studio czy w teatrach Krystyny Jandy: „Och-u”  i w „Polonii” – zawsze wracała do Krakowa, do „Starego” (chociaż gościnnie zagrała na przykład w „Tajemniczym ogrodzie” i w „Stosunkach na szczycie” w „Bagateli” czy w „Płatonowie” w Teatrze im. Juliusza Słowackiego). 

W teatralnym krakowskim come-backu na pewno najważniejsza okazała się współpraca ze Strzępką i Demirskim. Poza wspomnianymi już „Triumfem woli” i „Rokiem z życia…”, wspaniałe kreacje stworzyła w „Bitwie Warszawskiej 1920” oraz w „nie-boskiej komedii. WSZYSTKO POWIEM BOGU!”. Kiedy w tym ostatnim spektaklu, w finale, Pomykała opowiadała o rzeczywistości wymykającej się ramom, niemożliwej do opisania, czuło się, że mówi to również w swoim imieniu.

Nawet w gwiazdorskim przecież zespole „Starego”, zawsze była inna. Mam wrażenie, że uciekała. Popularna, rozpoznawalna, przecież trudno powiedzieć, żeby rozchwytywała ja prasa popularna, a jej życiem interesowały się tabloidy. Zawsze sporo pracowała w kinie i w telewizji, ale nigdy nie zrezygnowała z teatru. Z kolei w tymże teatrze, pomimo że pracowała z największymi twórcami i nikt nie miał wątpliwości, że jest aktorką potrzebną, ważną, wybitną, to jednak spektakularnych kreacji w jej przypadku nie znajdziemy tak znowu wiele. Czy ją to martwi? Nie sądzę. Jest inna, wymyka się konwencjom. Nie lubi wspominać, wracać do czasów dawno minionych. Żyje teraźniejszością. Uśmiecha się coraz częściej. Bo to teraźniejszość, a nie przeszłość czy wspomnienia, jest dla niej najłaskawsza.

Reżyserzy

Cenił ją Jerzy Jarocki. Zagrała w jego ważnych spektaklach: między innymi w „Mordzie w katedrze” według Thomasa Stearnsa Eliota oraz w „Życiu jest snem” Calderona. Rosaura Pomykały w „Życiu jest snem” należy do największych osiągnięć aktorki z pierwszego okresu zawodowego. Udało jej się oddać złożoność granej postaci. Ostry, chwilami dosadny rysunek Rosaury z czystą liryką równolegle wpisaną w tę postać. 

Pierwsza połowa lat osiemdziesiątych to także jej współpraca z Krystianem Lupą – zagrała Syrenę w „Powrocie Odysa” Stanisława Wyspiańskiego czy z Laco Adamikiem, ważna inscenizacja „Don Carlosa” Fryderyka Schillera (Pomykała zagrała brawurowo Księżniczkę Eboli). Tadeusz Łomnicki w 1986 roku wyreżyserował w „Starym” „Dwóch panów z Werony” Szekspira z Janem Peszkiem i z Krzysztofem Globiszem. Pomykale przypadła rola amantki Sylwii, ukochanej Walentyna (Marek Kalita). Młoda aktorka znakomicie odnalazła się w formule komedii dell’arte wzmocnionej rodzajowym tłumaczeniem Stanisława Barańczaka. 

Finał lat osiemdziesiątych to kolejne ważne role: Sonia w „Płatonowie” Czechowa w reżyserii Filipa Bajona oraz Gitel w „Dybuku” An-skiego w reżyserii Andrzeja Wajdy, ukoronowaniem tej dekady była Gertruda w pamiętnej Wajdowskiej interpretacji „Hamleta” Szekspira z Teresą Budzisz-Krzyżanowską w tytułowej roli. 

Kolejna dekada to między innymi powrót do współpracy z Jarockim – Marta w wybitnym „Fauście” Goethego, ale i rodzajowa Julia w „Romulusie Wielkim” Friedricha Dürrenmatta w reżyserii Giovanniego Pampiglione, czy Elżbieta w „Dekalogu” Piesiewicza i Kieślowskiego w reżyserii Agnieszki Lipiec-Wróblewskiej. 

W 2003 roku w Teatrze Studio im. Stanisława Ignacego Witkiewicza w Warszawie stworzyła kreację Corine w sztuce „Na wsi” Martina Crimpa w reżyserii Mariusza Grzegorzka. Duet aktorski Pomykały z Krzysztofem Stroiński, małżeński duet z determinacją walczący o spokój, pomimo że wszystko dookoła było raczej wielkim niepokojem, okazał się największym atutem przedstawienia. W Warszawie zagrała także Panią Rózikę, matkę tytułowego, opóźnionego w rozwoju intelektualnym chłopca – w „Gézie-dzieciaku” Jánosa Háya w reżyserii Zbigniewa Brzozy. Z jej warszawskich ról warto wspomnieć także o Ginewrze w „Prze(d)stawieniu” Tankreda Dorsta i Ursuli Ehler w reżyserii Agaty Dudy-Gracz w Teatrze Studio, oraz o trzech spektaklach zagranych w OCH-Teatrze i w Teatrze Polonia: Marii w „Kobietach w sytuacji krytycznej” Joanny Murray-Smith, cioci Ester w „Pocztówkach z Europy” Michaela McKeevera – oba spektakle w reżyserii Krystyny Jandy oraz w „Babie Chanel” Nikołaja Kolady w reżyserii Izabelli Cywińskiej. 

Przez cały ten czas żywiołem Doroty Pomykały było także kino i telewizja. Zagrała w około siedemdziesięciu filmach – pojawiała się u Andrzeja Barańskiego („Dwa księżyce”), Sylwestra Chęcińskiego („Wielki Szu”), Jacka Skalskiego („Chce mi się wyć”), Janusza Zaorskiego („Punkt widzenia”), Jerzego Stuhra („Spis cudzołożnic”), Tomasza Zygadły („Odwet”), Barbary Sass („Tylko strach”), Filipa Bajona („Lepiej być piękną i bogatą”), Marka Lechkiego („Erratum” i „Moje miasto”), Magdy Piekorz („Senność”), Sławomira Fabickiego („Z odzysku”), Mariusza Grzegorzka („Królowa aniołów”), Sylwestra Jakimowa („Jakoś to będzie”), Adama Sikory („Autsajder”), Anny Jadowskiej („Kobieta na dachu”), Michała Rogalskiego („Gotowi na wszystko. Exterminator”), Leszka Dawida („Ki”), Barbary Białowąs („Moja nowa droga”) czy Nataszy Parzymies – „Moje stare”. A jeszcze piosenka (płyta „Śpiewające obrazy” nagrana razem z Markiem Grechutą), jeszcze Teatr Telewizji, popularne seriale.

***

W 2000 roku, dwadzieścia trzy lata temu, przeprowadziłem z Dorotą Pomykałą pierwszy, i – jak dotąd – jedyny wywiad (do krakowskiego „Dziennika Polskiego”). Aktorka mówiła mi wtedy: „Jestem jaka jestem, nie wciągam brzucha, gdy rano wstaję, nie mizdrzę się do ludzi. Te rzęsy wymalowałam wyłącznie dla pana. (…) Powiem panu jeszcze, że cały czas spełniam się w zawodzie, mam również czas na myślenie, na lekturę, na pracę z młodzieżą na Śląsku. Nie jestem zniewolona przez kogokolwiek, czy cokolwiek. Potrafię cieszyć się z tego, co mam i nie zamartwiać o jutro. Nic za wszelką cenę, żadnych wyścigów, bo niby do czego i po co. (…) W Krakowie nie ma się po co rozpędzać, bo ulice są za krótkie. A tak zwana »kariera« nigdy mnie nie interesowała i to nawet nie dlatego, że jestem taka skromna, czy mało zdolna. Nie, mam po prostu inną hierarchię wartości. Bo co właściwie oznacza kariera w tym zawodzie? Nie jestem sfrustrowana, gram dużo w dobrym teatrze, mieszkam w Krakowie z furą gołębi; wiem, co robię. Mnie to naprawdę w pełni wystarcza. (…) Wie pan, potrafię mówić – nie, potrafię mówić – chcę, nazywam rzeczy nie zwracając uwagi, czy narażę się, czy nie, wiem jak wygląda kolor biały, a jak czarny i tak dalej. I jeszcze nie boję się cierpienia. Jeżeli wyżej wymienione punkty są siłą, to pewnie jestem silna. Siłą może być również to, że potrafię cieszyć się z drobiazgów, szczegółów, z tego, że po prostu żyję”. 

Życie trwa, Dorotko. A ty pokazujesz nam, jak żyć w tym zawodzie pięknie i z uśmiechem. Życie trwa. 

Łukasz Maciejewski