Dramaty

Moja mama i pełnowymiarowa inwazja

| 103 minut czytania | 2852 odsłon

Od Tłumaczki:

Sasza Denisowa, dramatopisarka, reżyserka, pisarka od początku pełnoskalowej inwazji napisała i wystawiła trzy sztuki o wojnie: „Sześć żeber gniewu”, „Moja mama i pełnowymiarowa inwazja” oraz „Haga”. Publikowana poniżej „Moja mama…” została zrealizowana w Barcelonie w Muzeum Sztuki Współczesnej (CCCV przy wsparciu inicjatywy Artists at Risk), kolejny spektakl powstał w Waszyngtonie w Woolly Mammoth Theatre oraz w Wilma Theatre w Filadelfii. Spektakle amerykańskie zostały znakomicie przyjęte i opisane między innymi w „Washington Post”, „The Guardian”, NBC, „BroadwayWorld”.

Komediodramat wychodzi od dokumentalnego materiału autobiograficznego – trudnej relacji twardo stąpającej po ziemi matki-inżynierki i córki marzącej o pisarstwie, dzieciństwa i młodości w Kijowie, po materiały z wiadomości WhatsApp od matki, nieopuszczającej Kijowa od wybuchu wojny. Co typowe dla twórczości Denisowej – do materiału dokumentalnego wkrada się alegoria i fantasmagoria: matka razem z Zełenskim dowodzi sztabem głównym, bombarduje Kreml, rozmawia z prezydentami wielu krajów, a także… kosmitami i Bogiem. Jak napisano w „Washington Post”, to sztuka „o sile matek w zapewnianiu bezpieczeństwa światu”. To ironiczny, ale pełen miłości portret matki autorki, charyzmatycznej kijowianki, która nie pozwala, aby wytrąciła ją z codzienności domowej (i gotowania na zapas barszczu i kotletów) taka drobnostka jak rosyjska rakieta.

Agnieszka Lubomira Piotrowska

 

Moja mama i pełnowymiarowa inwazja

(ADAPTACJA DLA TROJGA AKTORÓW: MATKI, CÓRKI, MĘŻCZYZNY)

Przekład Agnieszka Lubomira Piotrowska

 

Scena 1. Sztab Generalny

CÓRKA:
Wyobrażam sobie, jak wchodzę do mojego mieszkania w Kijowie. Widzę w ciemności zarysy polskiego regału Hanka, kupionego po znajomości w ’74 roku, zanim się urodziłam, błyszczący czeski kryształ przywieziony z podróży służbowych mojej matki, złowieszczo tykający trofiejny zegar, berliński łup dziadka. Wszystko jak zwykle. Znam tu wszystko od urodzenia. Gdzieś w ciemności pali się ogienek. To papieros mojej matki.

CÓRKA:
Mamo, to ja.

MATKA:
Hasło?

CÓRKA:
Słychać kliknięcie zamka. To karabin maszynowy. 

CÓRKA:
Mamo, no to ja!

MATKA:
Hasło!!! Bo będę strzelać.

CÓRKA:
Oj dobra, „palianycja”.

MATKA:
Bez dobra. Hasło!

CÓRKA:
Palianycja.

MATKA:
Swoi, Ihor, wolny! To Sasza. 

CÓRKA:
Zapala się światło, lampa z jakiegoś powodu stoi na podłodze i widzę matkę siedzącą w fotelu…

MATKA:
Olga Iwaniwna. 

CÓRKA:
Ubrana w dwa swetry i męski kożuch, bo w mieszkaniu jest zimno. Zapala papierosa, zmęczona odkłada automat na bok. 

MATKA:
Dostaliśmy z Ihorem broń. A co, wszystkim dają, my nie gorsi! Toczą się walki w Buczy, Irpieniu, z tamtej strony. U nas na razie walki uliczne. Ihor taśmą zakleił okna, żeby nie powylatywały. 

MĘŻCZYZNA:
Ihor to mąż mamy, młodszy od niej o 20 lat. Ale mama zauważa, że…

MATKA:
„w czasie wojny Ihor mocno się posunął”.

MĘŻCZYZNA:
Przez tę wojnę zacząłem słabo kojarzyć. Chciałem wczoraj pójść po chleb, ale w pobliżu wywiązała się strzelanina – namnożyło się sporo grup dywersyjnych… 

CÓRKA:
Sięgam do włącznika. 

MATKA:
Nie włączaj światła! Mamy tryb czarnego nieba. Wróg nie może wiedzieć, gdzie jesteśmy.

CÓRKA:
Mama prowadzi obronę Kijowa. Mama ma 81 lat.

Chciałam ją wywieźć na początku wojny.

Mamusiu, proszę cię, zróbmy tak: przyjedzie po ciebie kierowca, a ja będę czekać na ciebie na granicy?

MĘŻCZYZNA:
Nastąpiła kategoryczna odmowa. 

MATKA:
Po pierwsze, nigdzie się stąd nie ruszę. Nie płacz. I nie rozpaczaj. Przeżyłam swoje życie! Nie boję się niczego i śpię we własnym łóżku z moimi chorymi kośćmi. Po drugie, tu jest moja kuchnia. Upiekłam dziś tarty placek z jabłkowym dżemem albo konfiturą, kto go tam wie. Moja babcia i moja mama przeżyły dwie wojny, dożyły dziewięćdziesięciu dwóch lat i nigdy nie opuściły Sołomenki.

CÓRKA:
Sołomenka to dzielnica w Kijowie. W 1903 roku mojemu pradziadkowi, kimkolwiek był, ale był szlachcicem…

MĘŻCZYZNA:
Dymitrowi Protasowiczowi, z okazji zawarcia związku małżeńskiego z Aleksandrą Iwanowną, kupiecką córką, pasjonatką akwareli, kupiono na raty dom z sześcioma mieszkaniami przy ulicy Ignatiewskiej, później Uryckiego, na przydworcowym przedmieściu Sołomenka. 

CÓRKA:
Tam urodziła się moja babcia, jej siostry i brat. Po rewolucji przodków zagęszczono. Kuchnia była tak mała, że jedli na zmianę. Tam urodziła się Olga Iwaniwna. A kiedy dom został zburzony i wybudowano nowy, to ja się tam urodziłam.

MATKA:
Pół Kijowa wyjechało, a ciocia Nina spaceruje wieczorami. Mówię jej, Nina, gdzie ty leziesz, strzelanina! A ona mówi: bez spaceru nie zasnę. Ja to na balkonie spaceruję. Gdzie z moimi nogami. 

CÓRKA:
Matka bierze wojskową lornetkę, dokonuje inspekcji powierzonego jej terenu. 

MĘŻCZYZNA:
Z naszej okolicy Batu-chan patrzył na Kijów, też chciał go zdobyć. Też myślał, że zostanie przywitany kwiatami.

MATKA:
Żuliany płoną. W Trojeszczynie toczą się walki. Po drugiej stronie ulicy w 25-piętrowym budynku nie świeci się ani jedno okno! A w aptekach wciąż kolejki. Ihor poszedł po leki na nadciśnienie…

MĘŻCZYZNA:
a w aptece sterczy ze 30 osób. Zachorowali wszyscy naraz! Wojna, ludzie, nie czas na chorowanie! 

CÓRKA:
Chcę przytulić mamę, ale ona mówi.

MATKA:
Po co przyjechałaś? Martw się jeszcze o ciebie. Mądrala przyjechała tutaj, pod bomby, żeby przyprawić mnie o zawał! Mam wszystko, dużo jedzenia, brak rachunków za ogrzewanie, zaraz zadzwonię w sprawie przydziałów. Trzeba było zostać w Polsce. Ale nie, przywlekła się. 

CÓRKA:
Z jakiegoś powodu stwierdzam, że w Polsce wszystko jest w porządku, poza tym, że w obecnym mieszkaniu nie ma lodówki.

MATKA:
Nie ma lodówki! A bomby są? To weź i wywieś mięso za okno. A masło trzymaj w wodzie tak robiła babcia w czasie wojny. Przegotuj barszcz i może stać, ile chcesz! Lepsze to niż tutaj pod bombami. Każdy dom może zostać trafiony! Kiedy lecą rakiety, obszar uderzenia jest duży, a układ niektórych domów pozostawia wiele do życzenia. Poza tymi, które zbudowała twoja matka.

CÓRKA:
Olga Iwaniwna jest inżynierką budowlaną.

MATKA:
Nabudowali bogatych apartamentowców, ale układ jest tandetny. I dlatego się walą. W pierwszych dniach zbombardowali blok na Łobanowskiego. Trzeba spać pod ścianą nośną – zasada dwóch ścian. To jest życie, tak, Ihor! 

MĘŻCZYZNA:
Śpisz i nie wiesz, czy nie obudzisz się pod gruzami!

MATKA:
Wróg nie zrezygnował z pomysłu ataku na Kijów! A my nie zrezygnowaliśmy z idei niepoddawania się

CÓRKA:
Całe trzypokojowe mieszkanie mamy to sztab generalny. Telewizor włączony, tablety otwarte. System popielniczek jest ułożony tak, żeby nie złościć mamy.

MATKA:
Gdzie są moje papierosy? Ihor, zrób głośniej, co się rozsiadłeś, wylądowali w Hostomlu! Zbliżają się do nas. Putin celuje w nas. W centrum decyzyjne.

CÓRKA:
Centrum decyzyjnym najwyraźniej mama uważa siebie. 

MĘŻCZYZNA:
I prezydenta.

MATKA:
Zełenski nie zwiał. Siedzimy tu razem z nim. 

CÓRKA:
Wyobrażam sobie, jak Zełenski dzwoni do mojej mamy. 

MATKA:
Wołodymyr Ołeksandrowicz! A dziękuję, powolutku! Upiekłam ciasto czy to z dżemem czy to z konfiturą, kto go tam wie. Tak, wiem o Hostomlu. U mnie też strzelanina, Ihor nie poszedł nawet po chleb! Przekażę. Ihor, masz pozdrowienia od Zełenskiego! Moja córka ubzdurała sobie, że przyjedzie, cholera by ją wzięła, w samo piekło. Nie rozumie, że tu walki. Co mamy robić, Wołodymyrze Ołeksandrowiczu?  Orędzie wideo? Mam nowy tablet, Xaomi, kolory są tak wyraziste, że aż mi szczęka opadła, co pan opowiada… 

CÓRKA:
Mamo, chciałam ci powiedzieć Chcę powiedzieć mojej mamie, Oldze Iwaniwnej, że nadszedł wreszcie czas, by powiedzieć jej wszystko, czego nie mówiłam przez całe życie.

MATKA:
Sasza, czy ty nie widzisz, że jestem zajęta!

CÓRKA:
Wyobrażam sobie matkę nagrywającą orędzie do narodu.

MATKA:
Drogie Ukrainki i drodzy Ukraińcy, sytuacja jest trudna na wszystkich frontach. Wróg rwie się do zajęcia Kijowa, serca naszej ojczyzny. Jestem w stałej łączności z szefami zaprzyjaźnionych mocarstw. Chcę zaapelować do moich rodaków. Każdy, kto może walczyć, niech zaciąga się do obrony terytorialnej. Ihor i ja dostaliśmy broń. Co do wyżywienia. Ukraińcy! Mamy jedzenie, ostatnio znalazłam na balkonie kaszę gryczaną, przebrałam ją – była dobra! Gryka może przetrwać nawet dziesięć lat. Marchew, buraki, paprykę ucieramy z solą i wkładamy do lodówki. Znamy hasło? Palianycja. Tak jest! Kupiliśmy pieczywo – wkładamy do zamrażarki, może tam zostać długo! Odcięto prąd – masło przechowujemy w wodzie, tak robiła moja babcia w czasie wojny. Następnego dnia wodę wymieniamy na zimną i masłu nic nie będzie. Mięso – na balkon. Barszcz – przegotować. Zagnieździły się robaki – przebrać. Ziemniaki wykiełkowały – obciąć. Od naszej wytrwałości zależy, czy wróg może posunąć się dalej.  Jedna z kobiet w dzielnicy hołosijewskiej załatwiła dron słoikiem ogórków. Tak trzymać. Chwała Ukrainie. Chwała bohaterom. Uszczelniajcie swoje okna gumą piankową. Śpijcie pod ścianami nośnymi. Nie schodzę do schronu, bo gdzie z moimi nogami. A wy schodźcie. Nie ignorujcie alarmów przeciwlotniczych. Idźcie i śpijcie.

CÓRKA:
Kładę się do łóżka, ale źle śpię w moim nieogrzewanym pokoju dziecięcym.

Scena 2. Bach na balkonie

CÓRKA:
Rano widzę matkę na balkonie – na taborecie. Mama pali, rakiety przelatują obok, dopalają się i spadają.

MATKA:
Saszeńko, obudził mnie silny wybuch i piję pierwszą filiżankę kawy przy muzyce Bacha.

MĘŻCZYZNA:
Muzyką Bacha mama nazywa alarm przeciwlotniczy. 

CÓRKA:
Mamusiu, proszę zejdź do schronu!

MATKA:
No pewnie! Czego tam nie widziałem? Urodziłam się tam!

CÓRKA:
To prawda, mama urodziła się 7 lipca 41 roku podczas hitlerowskiej ofensywy na Kijów.

MATKA:
Nad Kijowem leciało wówczas trzydzieści siedem samolotów. Powiedzieli najpierw, że nie będą bombardować celów cywilnych. Tak jak raszyści: uderzamy tylko w obiekty wojskowe. No pewnie! Tego dnia rodziły dwie kobiety, jedną z nich była moja mama Maria Dmitrijewna Niemcy zbombardowali szpital, była panika, kobiety rodzące zniesiono do schronu i moja mama całe życie powtarzała, że mnie podmieniono, że nie jestem jej córką! Bo ja kochałam matematykę, a babcia literaturę. Tak jak ty. 

CÓRKA:
Mama robi pauzę, żeby podkreślić różnicę między nami. Jestem pisarką, a moja matka inżynierką. Natomiast babcia była aktorką, a mama inżynierką. W naszej rodzinie sztuka szła warstwami. Jak ciasto z kremem.

MATKA:
I twoja babcia się nie ruszyła – na ewakuację z dwójką dzieci! Jak można było opuścić Kijów! Ukochany Kijów! Przecież nie oddadzą Kijowa! A kiedy już cały komitet partyjny wziął nogi za pas, cała wierchuszka partyjna i zaczęły się codzienne naloty Niemców – nawet w nocy, jak u raszystów – dopiero wtedy uwierzyli! Ale twoja babcia siadła i się nie ruszyła.

MĘŻCZYZNA:
Do czasu, kiedy weszli Niemcy i zaczęła się okupacja.

MATKA:
Po pierwsze: głód. Mama, twoja babcia to była skóra i kości, w siódmej klasie nie mieściłam się w jej ubraniach. Znosiła na plecach z ogrodu co się dało. Jedliśmy zgniłe ziemniaki, żuliśmy trawę w brykietach. Niemcy oddali kijowianom plac Sołomenski pod ogródki. Nikt nie kradł z działek – Niemcy rozstrzeliwali za kradzież. Nie było chleba, widzisz, że nie jadam chleba – nie byłam do niego przyuczona od dziecka. Ugotowaliśmy polewkę z mączki kostnej i obierek z ziemniaków. Wymienialiśmy rzeczy wartościowe na Jewbazie, to taki żydowski bazar, tylko tam już nie było Żydów. 

CÓRKA:
Wszyscy Żydzi byli już w Babim Jarze, dokąd na początku jesieni kijowianie – i ja też – byli zabierani na obowiązkowe wycieczki. Babcia opowiadała, że ziemia, a raczej piasek, którym zasypywano rozstrzelanych, poruszał się.

MATKA:
Kijów był wtedy jak Mariupol teraz. Niemcy nie uprzątnęli ani ruin, ani trupów, wszystko nadal leżało na ulicach. Naszą Katię wzięli do niewoli!

CÓRKA:
Ciocia Katia, urodzona w 1891 roku – kuzynka babci – całe życie spędziła przy naszej rodzinie. Jej rodzice zmarli, a narzeczony zginął na froncie w 1915 roku. Katia znała pięć języków, pracowała jako maszynistka i ukończyła Instytut Szlachetnie Urodzonych Panien[1]

MĘŻCZYZNA:
Potem w tym budynku było NKWD, a podczas Majdanu zabito tam sto osób – Niebiańska Sotnia.

MATKA:
Miało być po jednej osobie z każdego podwórka. I Katia poszła dobrowolnie. W przeciwnym razie wszyscy byśmy zostali rozstrzelani. Wokół wisiały plakaty – czekamy na was w Niemczech! Katii trafiła się porządna rodzina, zaproponowali jej pozostanie. Ale Katia wróciła do Kijowa – pieszo przez wszystkie fronty i to z otwartą postacią tyfusu! I dożyła do 1968 roku. Już jej nie zastałaś. 

CÓRKA:
Po cioci Katii, której nie zastałam, odziedziczyłam maszynę do pisania. Napisałam na niej swoje pierwsze opowiadania.

MATKA:
Maszerowała kolumna nazistów. A naprzeciw szła mama ze mną maleńką. 

MĘŻCZYZNA:
I zobaczył mnie jakiś hitlerowiec i krzyknął: „Kinder!” Przecież oni dawno nie widzieli własnych dzieci! 

MATKA:
A ja byłam ładniutka jak lalka. Blondyneczka. 

MĘŻCZYZNA:
I ten faszysta zaczął mnie przekazywać z rąk do rąk w kolumnie. 

MATKA:
Babcia twoja biegła i krzyczała: oddajcie! Kiedy dotarła do końca kolumny, całkowicie posiwiała.

CÓRKA:
Wyobrażam sobie, jak faszysta, bohater Littella, Maximilian Aue, bierze w ramiona moją dwuletnią mamę i mówi jej, rozumiejąc całą beznadziejność tej wojny, całą beznadziejność doktryny Hitlera.

MĘŻCZYZNA:
Kinder! Jak śmiemy zabijać tych wszystkich ludzi, Kinder? Czy to Hitler? Czy my? Kto jest odpowiedzialny za tę masakrę? Wojna przegrana, Kinder. Mój Hamburg bombarduje brytyjskie lotnictwo. Już po wszystkim. Hitler sei verdammt! Das Schwein! Wir sind kaputt!

MATKA:
I w ten sposób Hitler kaput. A po wojnie biegaliśmy karmić tych Niemców. Szkoda ich było, skóra i kości. Przez druty kolczaste rzucaliśmy chleb i jabłka. Teraz pytają te dzieciaki, 18-letnich raszystów – dlaczego przylazłeś tutaj, ty raszysto, do Ukrainy? Powiedzieli nam, że to ćwiczenia. Albo że tu naziści. Ale nie widzieli żadnych nazistów! A ja widziałam. 

MĘŻCZYZNA:
Po zwycięstwie poprowadzono faszystów w niekończącym się strumieniu 40 tys. ludzi, z Szulawki na plac Sofijewski. Oni odbudowywali Chreszczatyk, układali kamień po kamieniu. 

MATKA:
Bardzo wysoka jakość. Niemcy! Ale Scholz mi się nie podoba. 

CÓRKA:
Wyobrażam sobie, jak moja matka mówi do Scholza. 

MATKA:
Scholz, co ty wyprawiasz? Odbiło ci? Dawaj nam oddziały pancerne! Dawaj czołgi! Jak to, Bundestag nie zatwierdził? Dojdę ja do twojego Bundestagu! Jak mój ojciec! Jaki z Borisa zuch, z Johnsona. Ale przyjechał do Kijowa i przeszedł się po Chreszczatyku. A ty Olaf zachowujesz się, jak jakiś proputinowiec. Wszystkich was tam trzeba przepatrzyć – począwszy od Schroedera. Przyjaźniliście się wszyscy z Putinem. I się naprzyjaźniliście. A Merkel? Budowała gazociąg i zbudowała! A ja siedzę bez ogrzewania w kożuszku, w mieszkaniu 15 stopni…

CÓRKA:
Mamo, wiesz, chciałam ci powiedzieć…

MATKA:
Cisza! Bach! 

Scena 3. Fortepian i małżeństwo 

CÓRKA:
Matka była pianistką. Laureatką konkursów. 

MĘŻCZYZNA:
Babcia zmuszała ją do gry kijem. A dokładnie linijką. Babcia siedziała i biła ją po palcach linijką. 

CÓRKA:
Istnieją ludzie ze słuchem absolutnym (to ja). A moja mama słuchu absolutnie nie miała.

MĘŻCZYZNA:
Podmienili ją w dzieciństwie – powtarzała babcia. W schronie. To nie moja córka. 

CÓRKA:
Kiedy mama się pomyliła, to na jej głowę leciało żelazko. Żeliwne żelazko. Żelazko wisiało nad klawiszami jak miecz Damoklesa. 

CÓRKA:
Ciężki charakter w naszej rodzinie był przekazywany z pokolenia na pokolenie.
Ale mama dorosła i zatrzasnęła wieko fortepianu. Bachowi powiedziała stanowcze nie.
Dostała się na politechnikę. I poleciała za mąż.

MATKA:
Pierwszy mąż był odrażający. Eryczek. Jeszcze rok po rozwodzie mieszkał w moim pokoju – na czternastu metrach. Przyniósł mi trzy zaświadczenia, że nie może mieć dzieci. A po latach spotkałam go z trójką dzieciaków. Podłość ludzka nie ma granic!

CÓRKA:
Mama była piękna i wolna – jak wszystkie dziewczyny lat sześćdziesiątych. Miała mnóstwo wielbicieli.  Jeden mieszkał w Moskwie i był znanym reżyserem filmowym. 

MĘŻCZYZNA:
Arkadij. Mieszkał w spółdzielni mieszkaniowej, na Leningradce. 

MATKA:
To był niesamowity czas. Byłam na studiach doktoranckich. 

MĘŻCZYZNA:
Nosił mnie na rękach. 

MATKA:
Taka była miłość. Z jego strony, nie z mojej. 

MĘŻCZYZNA:
Pojechał kręcić na Północ, podobno cały jego pokój był oblepiony moimi zdjęciami. Sławny był, już nie żyje. Kochał mnie! 

MATKA:
A ja byłam wtedy jakby efektowna.

CÓRKA:
Wyobrażam sobie, jak moja jakby efektowna mama chodzi na premiery. 

MATKA:
Parasolki z Cherbourga. Fellini. Fantomas. 

MĘŻCZYZNA:
Reżyser załatwiał zaproszenia. 

CÓRKA:
Ale nie da się oszukać losu. I pewnego dnia na przyjęciu mama zobaczyła biały fortepian. 

MATKA:
Mama po wielu latach usiadła i zagrała.

MĘŻCZYZNA:
I na ten dźwięk wyszedł z balkonu Tolik. Mój tata. 

MATKA:
Byliśmy dla siebie stworzeni. Nigdy ci nie mówiłam, ale Tolik był naj… 

MĘŻCZYZNA:
Tolik był najmądrzejszy. Tolik był najwyższy. Tolik był najzabawniejszy. Tolik był najładniejszy – koszule, spinki do mankietów. On i mama urodzili się tego samego dnia. Ukończyli tę samą uczelnię. Tolik kierował budową, Tolik zabierał mamę do restauracji! Na narty i letnie koncerty! Tolik grał. Rysował. Tolik budował luksusowe aleje w Kijowie. Tolik był najlepszy.

CÓRKA:
Urodziłam się. I na początku byli szczęśliwi. 

MĘŻCZYZNA:
Ale Tolik lubił wypić. I pewnego dnia podczas kłótni dopuścił się rzeczy niewybaczalnej – zamachnął się na matkę. 

CÓRKA:
Miałam sześć lat. 

MATKA:
Mama nie wybaczyła. 

CÓRKA:
Ojciec zmarł dawno temu, a moja mama nadal nazywa go tatuśkiem.

MATKA:
W Hołosijewie, gdzie mieszkał twój tatusiek, kobieta zbiła dron słoikiem ogórków kiszonych

CÓRKA:
Wyobrażam sobie, jak moja mama zbija dron.

MATKA:
Ihor, chodź zobacz, co tam brzęczy? No nie śpij! Podaj mi telefon. Wołodymyrze Ołeksandrowiczu, słyszę, że coś brzęczy. Myślałam, że to w uchu. Wie pan, starość nie radość. Ale nie, widzę, że to dron, węszy koło naszego mieszkania. Całe życie pracowałam, Wołodymyrze Ołeksandrowiczu. Ten polski regał Hanka zdobyłam z wielkim trudem i po znajomości nie po to, żeby jakiś dron zrujnował mi mieszkanie. Każe pan zlikwidować? Ihor, daj mi coś ciężkiego. Jakie żelazko, a czym prasować? Idź no, wejdź, nogi masz młode. Daj mi jakiś wek, nie konfitury, dopiero je smażyłam, wiśnie kosztują tyle co samolot i jeszcze marnować na dron. Daj mi te ogórki, zeszłoroczne, żeby nie było szkoda. No podlatuj, ty raszystowski gadzie…

Scena 4. Goście

CÓRKA:
Mamo…

MATKA:
Cicho. Słyszysz? Goście! Gdzie moja sukienka?

CÓRKA:
Mama mogła się przebrać i pomalować w dziesięć minut. Na toaletce dymiła już lokówka. Rozłożone były szminki, cienie do powiek i leningradzki tusz do rzęs.  Mama miała niebieskie oczy, niebieski cień do powiek i niebieski pieprzyk. 

MATKA:
Żadna kobieta na świecie nie miała takiego pieprzyka. 

MĘŻCZYZNA:
Ten pieprzyk doprowadzał mężczyzn do szaleństwa.

CÓRKA:
Mama nosiła tylko jaskrawe rzeczy. Sweter z lureksem.  Pulower z orłem.  Mama nie nosiła szlafroków. Piżam. Spodni sportowych. Tylko sukienki! Tylko obcasy.

MATKA:
Nigdy nie kupuj rzeczy na każdy dzień. Tak zwanych codziennych.

MĘŻCZYZNA:
Dzięki koncentracji instytutów inżynieryjnych w naszej okolicy, do domu codziennie przychodzili goście. Naukowy Instytut Automatyki, Naukowy Instytut Systemów Budowlanych, Naukowy Instytut Produkcji Budowlanej. Wąsy, marynarki, dzwony. Bokobrody. Wujek Sasza, wujek Dima, wujek Boria, wujek Wadik. Kwiat narodu. Inteligencja techniczna. 

CÓRKA:
Przychodziły koleżanki mamy – ciocia Nina, ciocia Lena, ciocia Rita. Niebieskie cienie, obcasy, tańce, podryw.
W domu zawsze były zapasy na wypadek gości. Kotlety ziemniaczane, kapusta kiszona, pasztet ze szprot. Kobiety ścierały na tarce serek topiony. Otwierały szprotki i słoiki z patisonami. 

MĘŻCZYZNA:
Zaczynały się żarty, rozmowy, a w końcu zabawy poetyckie burime.

CÓRKA:
Uwielbiałam to wszystko. Wreszcie mama dawała mi spokój. Wołała mnie, żebym wyrecytowała wierszyk i dawała kawałek ciasta. 

MĘŻCZYZNA:
Mama tańczyła i śmiała się. 

MATKA:
Dzisiaj w Kijowie o piątej rano był ostrzał rakietowy, Ihor miał telefon od córki, w Browarach też wybuchy. Ale nas ostrzał nie dotknął, nie martw się. Osiedle Darnickie bombardowali. Nie piszą teraz o zniszczeniach ani o miejscach wybuchów, to tajemnica wojskowa! Gotuję nóżki i robię grochówkę na nóżkach. Roboty na kilka dni, ale za to będziemy mieli mięso na naleśniki, na zrazy, a nawet na kluski po marynarsku. Nie martw się o mnie, będzie co ma być, ja swoje życie przeżyłam. Wierzę w zwycięstwo! I że ty będziesz żyć w pokoju i dobrobycie! Ucz się języków, żyj pełnią życia. Urządź się najlepiej jak potrafisz! Realizuj się! Nic to! Wierzę, że wejdziesz na międzynarodowy poziom. Przebijaj się! Pisz! Rób przedstawienia! Spotykaj się! Poznawaj ludzi! Chwała Ukrainie – chwała bohaterom! Putler kaput! Ja już świat widziałam! I napodróżowałam się!

Scena 5. Podróże Mamy

CÓRKA:
Mama naprawdę dużo podróżowała. Często wyjeżdżała służbowo. I zabierała mnie ze sobą.

MATKA:
Bo ani na babci, ani na twoim tatuśku nie można było polegać.

CÓRKA:
Jeździłyśmy po całej Ukrainie – Sumy, Mykołajew, Czerkasy, Lwów, Dniepropietrowsk, Łuck, Zaporoże.

Odessa! Podobało mi się wszystko – Deribasowka, platany, podwórka. Mama zawsze kupowała czekoladowy torcik waflowy. I pudełko wędzonej stynki. 

MATKA:
Od dziecka potrafiłam zjeść bez chleba nawet najbardziej rdzawego śledzia. 

CÓRKA:
A w porze obiadowej szłyśmy na ławkę w parku i jadłyśmy… Podobało mi się, że jadłyśmy bez talerzy, bez serwetek, nie tak, jak powinny dzieci w domu – zamieniałyśmy się w dzikuski. 

MATKA:
Jedz ostrożnie, znowu się zaciapiesz. To nie jest dziecko, to skaranie boskie. Zdecydowanie nie moje dziecko!

CÓRKA:
Byłam cała wysmarowana. Ręce śmierdziały wędzoną rybą.

MATKA:
Masz w ściereczce mydło do prania, ono zabija smród – idź umyj ręce pod hydrantem. 

CÓRKA:
Mama rozkoszowała się przerwą obiadową. Zapalała papierosa. Oto siedzi piękna czterdziestoletnia kobieta, blondynka, niezależna, silna, pali.

MATKA:
Nie mów babci. Bo od razu zacznie.

CÓRKA:
Trochę się jej bałam, bo wiecznie się przewracałam, brudziłam, potykałam, nie patrzyłam pod nogi, a do tego dużo chorowałam. Byłam ulepiona z niedoskonałości.

MATKA:
Umyłaś ręce? Zjedz wafle. 

CÓRKA:
Nie było o czym rozmawiać. No cóż, jak się ma dziecko o innej konfiguracji, to o czym tu rozmawiać. Ale mama próbowała.

MATKA:
Co teraz przerabiacie? A na matematyce? Pokaż, sprawdzę. 

CÓRKA:
Mama sprawdzała i szłyśmy na plażę. Mama pływała jak angielska królowa, trzymając głowę wysoko, żeby nie zamoczyć włosów. Płynęła daleko, za bojami – czekałam na nią jak pies, denerwowałam się. Ale nie wolno mi było z nią pływać:

MATKA:
Będziemy się kąpać na zmianę. Miej oko na wszystko. Tu są pieniądze – dodawała szeptem.

CÓRKA:
Och, moje biedne radzieckie dzieciństwo, które wytyczyło między nami granicę z codziennych separacji, gdzie musiałyśmy stać w różnych kolejkach, pływać po kolei, żyć po kolei. Między nami była różnica 34 lat. Różnica zainteresowań. Różnica we wszystkim.

MATKA:
Patrz na morze. Kolor wody odpręża rogówkę. 

CÓRKA:
Moja mama była dalekowidzem. A ja krótkowidzem. Minus pięć. Widziałam matkę w przybliżeniu.

MATKA:
No też… A ja widzę na 50 kilometrów. Widzisz, nadciąga trałowiec?

CÓRKA:
Mrużyłam oczy i za cholerę nie widziałam. 

MATKA:
Czego mrużysz oczy? Przecież kupiłam ci okulary. Gdzie są? 

CÓRKA:
Okularów, które mi kupiła, nie dało się nosić. Grube, zielone, krzywe, zjeżdżały z nosa. W takich okularach nawet Sophia Loren wyglądałaby jak pasztet.

MATKA:
Nie doceniasz niczego, co robi dla ciebie matka. Spójrz – statek wycieczkowy płynie.  Widzisz, no gdzie ty patrzysz? To pani sprzedaje lody! Ślepota. Tam, na horyzoncie, biały! Na takim opłynęłabym cały świat.

CÓRKA:
I mama odpłynęła, zostawiając mnie z babcią. Zabrzmiało tajemnicze słowo „cruiser”. Z babcią żyłyśmy cicho i spokojnie: grałam babci Bacha. 

MĘŻCZYZNA:
W końcu w tej rodzinie narodził się ktoś porządny. Graj, Saszeńko, graj. 

CÓRKA:
Babcia bardzo mnie kochała – na znak protestu.

MĘŻCZYZNA:
Twoja mamuśka wypłynęła cruiserem. Rozbija się cruiserem i ma gdzieś własne dziecko. Pewnie jeszcze pali na cruiserze Nie mówiłam ci, ale ją podmieniono, to nie jest moja córka! W schronie. Ona nie ma absolutnie żadnego słuchu! Żadnego zainteresowania literaturą, sztuką, teatrem. A ty wykapana ja!

CÓRKA:
Ale jeśli mamę podmieniono, to ja nie jestem twoją wnuczką?

MĘŻCZYZNA:
Wtedy babcia zacisnęła usta i powiedziała: „Starczy tego gadania, weź graj, bo dostanę żelazko, wszystkich was podmienili, podsunęli, wszyscy jesteście nie tacy, jak by się chciało, ale co zrobić, trzeba z tym żyć”. 

CÓRKA:
Rejs zakończył się głośnym powrotem. 

MĘŻCZYZNA:
Dom zadudnił – przyszli przyjaciele inżynierowie – wujek Boria, wujek Dima i wujek Wadik. 

CÓRKA:
Przyjaciółki – ciocia Lena, ciocia Rita, ciocia Nina. 

MATKA:
I wtedy wpływamy do Bosforu. A potem przez Dardanele!

CÓRKA:
Nie wiedziałam, co to są Dardanele – myślałam, że to takie sardynki. 

MATKA:
Sardynia, Kostaryka, Marsylia! – mama kontynuowała. – A to niebieskie goździki w Barcelonie, w sam raz do mojego niebieskiego pieprzyka! 

CÓRKA:
Slajdy były wyświetlane na prześcieradle – mama zrobiła Zenitem mnóstwo zdjęć. Przedstawiały mamę w ruinach Koloseum, w portach Barcelony, na wspaniałych pokładach statku wycieczkowego. 

MĘŻCZYZNA:
Bosko, wzdychali goście i pili, i śmiali się, no też, ta Europa. 

CÓRKA:
Z walizki wydobyto kożuch z futrem lamy, sweter ze złotym orłem (nigdy nie noś szarości, Saszo!) oraz tiul, dzięki któremu powietrze w pokojach stawało się matowe i szlachetne. Bawiłam się nim jak kot. Tiul nadal wisi w naszym kijowskim mieszkaniu. 

MĘŻCZYZNA:
Mama była zapaloną podróżniczką – zjeździła cały świat. 

CÓRKA:
Mamusiu, a może by tak teraz pojechać do Włoch albo Francji – nad morze? Po prostu odpocząć? Od wojny

MATKA:
Teraz nie pojadę! Po pierwsze, nie dojadę nawet do Polski, jak mogę tłuc się tymi autobusami z moimi chorymi kośćmi? I babcia i mama dożyły do dziewięćdziesiątego drugiego roku życia i nigdy nie opuściły Sołomenki. Po drugie, tu jest moja kuchnia, będę teraz szykować faszerowane papryki, a ta maszynka do mięsa źle mieli. I dokąd jechać? Widzisz, ZSU naciera! Odbili Izium, uderzyli w most krymski. Ile razy zabierałam cię na ten Krym, przecież wiecznie miałaś zapalenie krtani, gardła, zatok, ile się namęczyłam, żeby cię wyleczyć, w upale taszczyłam te torby na plażę i z plaży, sanatorium ci załatwiałam, a oni zaanektowali Krym! Ihor, gdzie moje papierosy! Nic to. Dadzą nam takie myśliwce, że i do nich się dobierzemy.

CÓRKA:
Wyobrażam sobie, jak moja mama wsiada do naddźwiękowego myśliwca. Mama leci nad Kremlem. 

MATKA:
Ihor, naprowadzaj, nie śpij tam, no i co że Wieża Spasska, no i co, że zabytek architektury, teraz za jednym zamachem zakończymy wojnę, no i co że Plac Czerwony, co ty tam mamroczesz, daj telefon, halo, Wołodymyrze Ołeksandrowiczu, tu Olga Iwaniwna, ale nic się nie stało, lecę nad Placem Czerwonym, rozkaz zniszczyć, wie pan, jak w dzieciństwie chciałam trafić na Plac Czerwony, no i teraz na pewno trafimy! Wycelujemy i trafimy! 

SCENA 6. A w rzeczywistości był tam terror rakietowy 

MATKA:
Kochana moja, nie martw się: żyjemy. Wybuchy nie są silne, nie, to odległe wybuchy, okna całe, wszystkie oklejone taśmą. Dwa krzesła przygotowane przy drzwiach wejściowych pod ścianą nośną. Moja droga, było bardzo strasznie. Pierwsze rakiety leciały nad nami, mocno słychać było gwizd, potem jakby seria z karabinu maszynowego zsuwała się po naszych ścianach na balkony i wrzasnęłam do Ihora: 

Ihor! Jesteśmy pod ostrzałem. 

MĘŻCZYZNA:
A on rzucił się do okna, 

MATKA:
ale ja nie puściłam, rzuciłam się do niego i odciągnęłam go w kąt pokoju, 

MĘŻCZYZNA:
a potem poleciała druga rakieta, obie doleciały na bulwar koło żółtego budynku twojego uniwersytetu i tam zabiły ludzi. 

MATKA:
Będę pisać do ciebie – dopóki będzie Internet, nie martw się. Tak się cieszę, że jesteś daleko od tego wszystkiego. Realizuj się, pracuj, pisz, ciesz się życiem

CÓRKA:
Generał Surowikin wysłał do Kijowa czterdzieści pocisków manewrujących – niewiele więcej od tych trzydziestu siedmiu niemieckich samolotów, które leciały, gdy urodziła się moja mama. 

Myślałam, że Kijowa nie ruszą. Nie odważą się. Nasz Kijów. Pisałam sztuki, wystawiałam sztuki, pisałam nowe sztuki, uczyłam się języków, urządzałam się, spotykałam się, zarabiałam, jeździłam po Europie 

MATKA:
Dobra, alarm odwołany! Idę smażyć kotlety. Ihor, co tak siedzisz! 

Scena 7. Planują ślub

MATKA:
Postanowiliśmy się pobrać z wujkiem Saszą – rzuciła mama, jak gdyby nigdy nic. Chociaż wcześniej przez całe życie słyszałam inne informacje.

CÓRKA:
Nie wychodzę za mąż z twojego powodu, tak na marginesie. Gdyby nie ty, już dawno uregulowałabym swoje życie osobiste. Proszę bardzo – wujek Sasza, wujek Dima, wujek Wołodia. Ale ja tego nie robię. Muszę postawić cię na nogi. Wyleczyć, nakarmić, zarobić. Wozić cię do uzdrowisk. Przyjdzie obcy mężczyzna, po co to?

MĘŻCZYZNA:
Ale wujek Sasza nie był obcy. Był fajny. Wujek Sasza był lekarzem wojskowym. Kiedy przychodził z dyżuru zawsze przynosił mi ciasto. Wujek Sasza był duży, miły, zawsze uśmiechnięty. 

CÓRKA:
Jeśli wracałam ze szkoły do domu i widziałam, że siedzą z mamą w kuchni, piją wino i słuchają Joe Dassina, to mam z głowy, dzisiaj zostawią mnie w spokoju.

Zamykali się w swoim pokoju, a kiedy mama po wszystkim wychodziła, była nieobecna i uśmiechnięta. Mówiła podejrzanie pieszczotliwie:

MATKA:
Saszeńko! Potrzebujesz czegoś? Jeszcze kawałek ciasta?

CÓRKA:
Saszeńko? Ciasto? Co to? Mamo, co to ma być?

MĘŻCZYZNA:
Olu! Zbliża się do was chmura. Zabierz Saszę z dworu, natychmiast! Natychmiast zabierz ją z dworu, słyszysz? Awaria na stacji. Nie mogę dużo mówić.

CÓRKA:
Przez cały dzień 1 maja 1986 roku byłam na zewnątrz w pięknej białej sukience.

MĘŻCZYZNA:
Wujek Sasza przyjechał ze stacji nocą. Był lekarzem likwidatorem. Pomagał pierwszym strażakom w Czarnobylu. Przyniósł dozymetr i sprawdził moją sukienkę. Sukienka pikała. Na tej sukience było mnóstwo millirentgenów. Wujek Sasza w milczeniu wziął łopatę i zakopał sukienkę na podwórku. 

CÓRKA:
Następne co pamiętam to panika. Wyjazd z Kijowa jest niemożliwy. Trwa ewakuacja szkoły. Razem z mamą biegniemy wzdłuż torów kolejowych. Wszystkie dzieci z Kijowa zostają wysłane do obozu. Nad nami jest wzgórze i pomnik Matki Ojczyzny. Mama wsadza mnie do wagonu. Boję się. Nie wiem, kiedy ją zobaczę. 

MATKA:
Kochana Saszeńko! Nie możesz teraz tutaj! Chcesz, żebym dostała zawału! Promieniowanie! Kijów jest pusty, bez dzieci, ulice myją pianą mydlaną, a my musimy dwa razy dziennie robić porządki na mokro i pić czerwone wino, cabernet, bo usuwa cez… Wujek Sasza, niestety, bardzo dużo tego chapnął.

CÓRKA:
W końcu nie wezmą ślubu. 

MĘŻCZYZNA:
Wujek Sasza umrze za jakiś czas na chorobę popromienną.

Scena 8. Pryszcze i skrzypce

CÓRKA:
Od mojego urodzenia cała relacja z mamą to tlący się konflikt. Czasem się tlił, a czasem wybuchał.

Kiedy mniej więcej w wieku jedenastu lat zaczęło mnie wypryszczać, mama patrzyła na mnie trochę z obrzydzeniem jak na traszkę… 

MATKA:
O masz… A ja przez całe życie nie miałam ani jednego pryszczyka.

MĘŻCZYZNA:
Gdy trądzik osiągnął stadium wulkaniczne, zaczęłyśmy wędrować po poradniach dermatologiczno-wenerologicznych.

CÓRKA:
Siedziałyśmy pod tablicami z toczeniem purpurowym. Pejzaż z czyrakami przypominał Boscha.

MATKA:
Doktorze, no przecież musi być jakieś wyjście. To dziedzictwo tatuśka. Ja przez całe życie nie miałam ani jednego No też, dziewczynka z taką twarzą 

CÓRKA:
Katastrofa nie zatrzymała się jednak na twarzy, ale poszła dalej: pryszcze rozprzestrzeniły się po plecach. Nie mogłam nosić odkrytych sukienek.

MATKA:
Nina, o czym ty mówisz! Jakie „niech poleży na słońcu i wszystko zniknie”. Tam nie ma żywego miejsca. Przypisali jej zastrzyki z penicyliny i transfuzje krwi. Jak dziecko może to znieść? A ona ma i skrzypce, i pracownię malarską, i kółko młodego dziennikarza w gazecie „Wieczernij Kijew”. To wszystko od tatuśka. Pamiętasz przecież, ja nigdy ani jednego pryszcza. Zaraz pojedziemy po homeopatię.

CÓRKA:
O zmierzchu po pracy mamy pojechałyśmy, zgodnie z wyznaczonym kierunkiem, do apteki homeopatycznej. Apteka nie pomogła. Ofiarnie wyciskałam pryszcze w swoim pokoju.

MATKA:
Wyciskaj, wyciskaj. A blizny na całe życie! No też, dziewczynka z taką twarzą. A po co znowu myjesz włosy? Przecież umyłaś wczoraj?

CÓRKA:
Bo mam tłuste włosy, mamo!

MATKA:
No też. Jakie to zużycie szamponu. Babcia i ja myjemy raz w tygodniu. A nawet raz w miesiącu. I oszczędnie. I warkocz gruby jak ręka! A co ty od razu się obrażasz? I nie trzaskaj drzwiami! Całe życie pracowałam na to, żebyś mi rujnowała mieszkanie!

CÓRKA:
Pryszcze były metaforą wszystkiego, czego ona we mnie nie rozumiała. Literatury, poezji, malarstwa. Sztuki. Nieprzepartego pragnienia. Olga Iwaniwna nie rozumiała, ale próbowała zrozumieć. 

MATKA:
W przeciwieństwie do twojej babci nie narzucam ci swojego punktu widzenia! Babcia wzięłaby żelazko i wpakowała cię do tej specjalistycznej szkoły muzycznej!

CÓRKA:
Tak nie chciałam iść do szkoły muzycznej im. Łysenki, że wzięłam nóż i rozwaliłam sobie palec wskazujący. 

MĘŻCZYZNA:
Nauczyciel gry na skrzypcach Siemion Weniaminowicz Nieizwiestny, potężny mężczyzna o wyglądzie egipskiego faraona, mlaskał patrząc na mój zabandażowany palec. Siemion Weniaminowicz mówił stylem Babla. 

MĘŻCZYZNA:
Szura, grasz spektakularnie jak cygan w pasażu. Twój palec chodzi w vibrato jak moje życie. Szura, ty jak Mozart, grasz w nocy, tuż przed egzaminem. Szura, wpędzisz mnie do grobu, przy czym grób nie będzie na tym cmentarzu, na którym by się chciało.

CÓRKA:
Palec zagoił się dość szybko – a blizna została na całe życie, tak jak przewidziała mama.

Potem złamałam smyczek. Postanowili nie kupować mi Stradivariusa. Nie dla psa kiełbasa.

W rzeczywistości, byłam bardzo podobna do mamy. Mama zatrzasnęła wieko fortepianu. Ja mogłam popsuć Stradivariusa. Byłoby to znacznie droższe. 

Jeśli ja, tak jak moja mama, nie chciałam czegoś robić – nie można było mnie do tego zmusić. Zostałam hipiską. Imprezy, chłopaki z włosami.

MATKA:
Dokąd się wybierasz? Znowu pijackie imprezy? Wyrzucą cię z uniwersytetu. Próbowałam cię wyedukować, dać ci wykształcenie. Jezu Chryste! Wyglądasz, jak skaranie boskie. A to kto? Kogo przywlekłaś do domu? Dlaczego on ma takie włosy, co, to dziewczyna? Co tyś tu sobie naprzyczepiał, jakieś szmaty. Żenić się chcesz? A wiesz, ile ona ma lat? Ale co mamo? Ja znam tę dojrzałą, odpowiedzialną jednostkę. I gdzie dojrzewała też wiem. A ile ty sam masz lat? Ile masz lat – się pytam? Pokaż mi swój dowód. Jezu… Z czego będziecie żyli? Co znaczy, będziemy malować panneau? Jakie panneau? A żyć z czego? A jeść co będziecie? Panneau?

Scena 9. Próby rozmowy 

CÓRKA:
Wszystkie próby rozmowy z matką w ciągu mojego życia były gorączkowe i punktowe. Porozmawiać sensownie. Żeby się zbliżyć. Najpierw byłam mała, potem nastolatka, potem życie intelektualne, małżeństwa. A po trzydziestce wyjechałam do Moskwy, żeby zająć się teatrem. Gwizd pociągu zrywał nasz dialog.

MATKA:
A ty dokąd, kiedy mamy tyle roboty!

CÓRKA:
A co trzeba zrobić?

MATKA:
Co zrobić? Pomóc!!!

CÓRKA:
A w czym konkretnie pomóc?

MATKA:
Umyć kuchenkę.

CÓRKA:
Już umyłam.

MATKA:
Czym? Nie wolno ostrą gąbką, bo porysujesz.

CÓRKA:
Ja nie ostrą.

MATKA:
Miękka nie zetrze tłuszczu!

CÓRKA:
Wszystko tam się pięknie starło.

MATKA:
Trzeba wyjąć z dolnej półki w kredensie po lewej pudełka ze sztućcami i przetrzeć melchior, bo ma tendencję do ciemnienia.

CÓRKA:
Zaraz.

MATKA:
Co zaraz!!! Przyjeżdża raz na sto lat i żeby chociaż w czymś pomogła! Siedzi w swoim komputerze. A mnie już ciężko robić wszystko! Zdrowie już nie to. Ledwo chodzę, przewróciłam się, stopa była tak spuchnięta, że ledwo mieściłam się w białych pantoflach! Zbieraj się, masz pociąg! Weź kotlety z kurczaka, usmażyłam. Usiądźmy przed drogą. Buziaki, napisz do mnie. Przyjeżdżaj. Kiedy będziesz?

MATKA:
A ty dokąd, kiedy mamy tyle roboty!

CÓRKA:
Co trzeba zrobić?

MATKA:
Co zrobić? Pomóc!!!

CÓRKA:
A w czym konkretnie pomóc?

MATKA:
Umyć podłogi.

CÓRKA:
Umyłam.

MATKA:
I w przedpokoju?

CÓRKA:
I w przedpokoju.

MATKA:
Okna nie myte od wiosny i tak zostaną. Mogłabyś chociaż cokolwiek pomóc, a nie przyjeżdżasz, siadasz do komputera i siedzisz!

CÓRKA:
To może zatrudnię gosposię.

MATKA:
Zatrudnię! A ty co, milionerka? Pieniądze spadają ci z nieba? Wiem, ile ci tam płacą. W teatrze twoim. O, syn cioci Wali to już kupił mieszkanie na przedmieściach Moskwy, a ty siedzisz. A o dzieciach to ty myślisz? Już trzydziecha na karku. No prędko, pociąg. Masz kotlety. Usiądźmy przed drogą. A ty dokąd? Mamy sporo roboty! Melchior przetrzeć! Czy oni w ogóle ci płacą? Umyłaś okna? Jaką szczotką? A ty myślisz o dzieciach? Już czterdziecha! A ten twój myśli? Siądzie i siedzi, milczy. Oj! Pracuje! Do tej pracy kijem go trzeba zaganiać. A chłop musi coś w życiu osiągnąć. Co? Oj, nie płacz. On nie jest wart twoich łez. No to się rozwiedziesz. Ja się rozwiodłam z twoim tatuśkiem i nic. A po co te dzieci, same zmartwienia. Ja o, przez ciebie ani doktoratu nie obroniłam, ani nic. Co, jest ktoś? Boże, aktor! Jak nie jedno barachło, to drugie! Aż mnie głowa rozbolała. No to znów gorzała i imprezy! Tam ci się trafił przynajmniej jeden porządny człowiek w całym życiu, oddany i spokojny taki, siadł i siedział cicho, milczał, żadnej rozpusty, żadnego pijaństwa, nic! I zarabiał przyzwoicie i chodził do pracy! Poczekaj. No nie masz już siedemnastu lat. To babcia była pięknością, nie to co ty i ja. No nic, o której pociąg? Masz kotlety. Usiądźmy przed drogą. No cóż, z Bogiem. Buziaki, napisz do mnie. Kiedy przyjdziesz?

CÓRKA:
Z biegiem czasu wyszło tak, jakby odległość, ostrość, optyka, to czego nie było, póki żyłam obok niej, sprawiło, że stałyśmy się sobie bliskie. Jakbym stała się tym statkiem wycieczkowym na horyzoncie. Podróżowałam. Robiłam przedstawienia. Jeździłam na festiwale. Matka obserwowała mnie swoim świdrującym na kilometry wzrokiem. Trochę dumna, ale surowo powiedziała przyjaciółkom: 

MATKA:
Sasza zrobiła teraz spektakl w MChT, chociaż niestety, nie na dużej scenie. Sasza podbiła kosmos, ale na razie tylko do Marsa. 

CÓRKA:
I tak oto z daleka moja mama zaczęła pisać długie wiadomości na Whatsapp i nagle stało się jasne, że w jej autorskim stylu było coś z Gogola, mieszanka optymizmu i goryczy. I z całej literatury światowej. W ten sposób mama została pisarką.

MAMA:
Kochana Saszeńko! Dziś jest piękny słoneczny dzień, złota jesień, jest ciepło i przyjemnie, co oznacza, że w mieszkaniu jest ciepło, chociaż nie ma ogrzewania, a ja nie włączam grzejnika, bo oszczędzam system energetyczny, dziś wrogowie ostrzelali w naszym kraju elektrociepłownie, nie ma prądu ani wody, ale Ihor i ja nie wpadamy w przygnębienie, mamy wodę pitną i techniczną, wytrzymujemy i nie tracimy ducha. Nic to! Przeżyłam tamtą wojnę, przeżyję i tę. Pamiętam, jak mieszkaliśmy przy lampie naftowej, wszyscy spali w jednym pokoju, tak było cieplej surową zimą ’43, a teraz upiekłam ciasto z czarną porzeczką, o 23.00 włączę zmywarkę, bo Zełenski prosił, żeby nie włączać…

CÓRKA:
Mogę sobie wyobrazić. Tak, tak, to jest to.

MAMA:
Wołodymyrze Ołeksandrowiczu, a co nowego: winda nie działała przez ten cały ostrzał, więc Ihor musiał się wdrapywać na dziesiąte piętro. Co? Nie włączać przed 23.00? W razie potrzeby mogę nie włączać do rana – w zasadzie umyłam garnki i patelnie, zostało kilka drobnych rzeczy. Tak, zrozumiałam, zatem włączę zmywarkę dokładnie o 23.00. Zsynchronizujmy nasze zegarki!

Scena 10. Urodziny Mamy

MAMA:
Nikt nie przyjdzie!

CÓRKA:
Zbliżały się urodziny mamy. A ten dzień zawsze był hucznie obchodzony. Lato, goście przynosili naręcza róż, wiadra stokrotek.

MAMA:
W tym pokoju mieściły się dwadzieścia cztery osoby!

CÓRKA:
Przychodzili wujek Boria, wujek Dima, wujek Wadik, ciocia Rita, ciocia Lena, ciocia Łarisa.

MAMA:
Nikt nie przyjdzie.

MĘŻCZYZNA:
A kto ci przyjdzie z drugiej strony miasta, jest wojna!

Wczoraj pojechałem kupić twaróg na targ, na Leśną, tam jest taniej. Przyleciała rakieta!

MATKA:
Tak się martwiłam o Ihora! Nie daj Boże, gdzie ja go będę szukać? Z moimi chorymi kośćmi!

MĘŻCZYZNA:
Autobus zatrzymał się i wszyscy musieli wysiąść. Posiedziałem na ławce czterdzieści minut i bezpiecznie dotarłem do domu. Kupiłem twaróg, śmietanę, pół kilo moreli!

MAMA:
Ciocia Rita nie przyjedzie, przez wybuch spadła z łóżka i złamała szyjkę kości udowej. Ciocia Nina utknęła w zachodniej Ukrainie z wnukami diabli wiedzą po co. Dzwoniłam do wujka Kostii, ale się nie dodzwoniłam, nie żyje. Połowa mojej książki adresowej nie żyje!

MĘŻCZYZNA:
A nawet jeśli przyjdą, to siedź i przeżywaj, że podczas nalotu gości przywali. Sami to jak cię mogę.

CÓRKA:
Ja przyjadę – powiedziałam stanowczo.

MATKA:
Chcesz, żebym umarła?

CÓRKA:
Chcę, to jest w zasadzie mój cel. Są autobusy z Polski, są pociągi! Kupiłam bilety!

MATKA:
Ihor! Co tak siedzisz? Słyszysz, że ona chce się tu pakować! Och, aż mnie rozbolało serce! Ihor, no powiedz jej!

MĘŻCZYZNA:
Sasza, mamy po trzy alarmy dziennie!

MAMA:
To nie na twój system nerwowy. My to mamy nerwy ze stali!

MĘŻCZYZNA:
Tak!

MAMA:
Jak się tu przywleczesz i będę musiała sterczeć z tobą w jednym mieszkaniu i martwić się, że rakieta wleci w dom, to umrę! Dosyć tego, już mi słabo, Ihor, idź poszukaj Corvalol tam w szufladzie

MĘŻCZYZNA:
Gdzie to jest, Olu?

MAMO:
Tam pod receptami! Sasza! Jeśli przyjdziesz, nie otworzę ci drzwi. Żebyś wiedziała! Nie otworzę ci drzwi i koniec! A moja śmierć będzie na twoim sumieniu!

MĘŻCZYZNA:
Nasza śmierć!

CÓRKA:
Musiałam odpuścić.

MAMA:
Siedź tam. Ihor mnie nie zostawi, jestem pod opieką.

MĘŻCZYZNA:
Tak!

MAMA:
Na urodzinach sami posiedzimy. Ihor, co tak siedzisz? Idź po szampana!

MĘŻCZYZNA:
A tort kijowski?

MAMA:
Ja nakryję do stołu. Faszerowane papryki, ozory gotowałam wg Internetu, galareta na dwa sposoby, pół nocy użerałam się z nóżkami

CÓRKA:
Wyobrażam sobie… Jak mama odbiera gratulacje od głów zaprzyjaźnionych mocarstw.

Macron wysyła mamie francuskie perfumy i telegram.

MACRON:
Olgo Iwaniwna, podziwiam pani styl. Jest pani bardzo efektowną kobietą. Niebieski pieprzyk to jest coś!

MAMA:
Nie czaruj, Emmanuelle. Lepiej powiedz, czemu nie dajesz mi czołgów, nie dajesz mi wystarczającej ilości ciężkiej broni.

MACRON:
Widzi pani, Olgo Iwaniwna, Europa musi myśleć o własnym bezpieczeństwie. No i nie możemy pozwolić na eskalację konfliktu… Jeśli chce pani, mogę zadzwonić do Putina, żeby się porozumieć.

MAMA:
Ja ci zadzwonię! Ja ci tu zadzwonię! Gdyby walił w twoją wieżę Eiffla, to byś do niego zadzwonił? Widzę, Emmanuelle, że chcecie siedzieć sobie tam w Europie i jeść croissanty, kiedy my tutaj walczymy! Ale nic to! Ihor poszedł po tort kijowski! A on jest o wiele smaczniejszy niż twoje croissanty. Dobra, kończę, mam Scholza na drugiej linii! Scholz, co tam u ciebie?

SCHOLZ:
Olgo Iwaniwna, dużo myślałem nad pani słowami. Proszę zrozumieć, Niemcy wspierają Ukrainę w każdy możliwy sposób, ale my, Niemcy, byliśmy totalitarnym imperium, Rzeszą. Mamy historyczną traumę po faszyzmie. Z przyzwyczajenia czujemy się winni wobec Rosjan. Boimy się ich. A teraz po II wojnie światowej niemieckie czołgi znów ruszą po ukraińskiej ziemi?

MAMA:
Spryciarz jesteś, Scholz, zasłaniasz się faszystami. Ty Scholz, przyślij pociski manewrujące. Musimy bronić Ukrainy! Kończę, dzwonek do drzwi, chyba Ihor wrócił.

CÓRKA:
Dzwonek do drzwi. To amerykański prezydent Joe Biden. 

MAMA:
Joe! Przyjechałeś! Nie zdejmuj butów, podłogi nie myte od wieków! Starość!

MĘŻCZYZNA:
Olgo Iwaniwna. Pani ulubione stokrotki. I róże. Z trawnika Białego Domu. Pani jest niesamowita. Mówię to z głębi serca. To po prostu niewiarygodne. Powtarzam to wszystkim, pani córce, Ihorowi, Ukrainie, Ameryce. Powiedziałem to na szczycie. Koledzy, Olga Iwaniwna to bomba! Daje pani przykład całemu światu, czym jest prawdziwa odwaga! Pani niezłomność i determinacja są przykładem dla całego świata.

MAMA:
Dziękuję, Joe.

MĘŻCZYZNA:
Ukraina broni demokracji. Niezależna i wolna. Kijów się trzyma. I my nigdy się nie poddamy. Nasze wsparcie nigdy nie ustanie. Posłuchaj, Olu, oboje jesteśmy niemłodzi. Mówmy otwarcie, bez tego bullshitu. Putin to sukinsyn

MAMA:
Joe, pozwól, że cię pocałuję.

MĘŻCZYZNA:
A ja ciebie, Olu, nie żartuję.

MAMA:
Usiądź, masz widelec. Ihor przyniesie tort kijowski. Nakładaj faszerowaną paprykę, galareta na dwa sposoby!

MĘŻCZYZNA:
Olu, pyszne. Nie żartuję.

MAMA:
Jasne. Nie macie takich rzeczy w Waszyngtonie. U was tam same mrożonki. Pamiętasz kryzys kubański?

MĘŻCZYZNA:
Och, złote czasy!

MAMA:
Kupiłyśmy z mamą wtedy dwie lodówki – i tak całe życie robimy zapasy.

MĘŻCZYZNA:
Olu, mieliśmy bunkry na każdym podwórku. Wciąż mam bunkier, powiem ci w sekrecie, pod obserwatorium wojskowym w Waszyngtonie. 

MAMA:
Szczęściarz jesteś, masz bunkier, a Ihor i ja mamy tylko ściany nośne. Spróbuj nalewki, sama robiłam, z wiśni, wiśnie kosztują tyle co samolot Swoją drogą, dałbyś nam samoloty. Żebyśmy mogli odbić Krym i terytoria okupowane.

MĘŻCZYZNA:
Oj, Olu, tak nam się miło siedziało, po co zaczynasz?

MAMA:
No wiesz, Joe, wojna!

MĘŻCZYZNA:
Olu, robię co mogę, daję milion tam, miliard tam. A co ja mogę, Olu, pomyśl sama. Kongres wiąże mi ręce. Odpowiadam za każdego pensa! Mam Republikanów na karku. Mam Fox News na głowie. Olu, byle dotrwać do wyborów.

MAMA:
Joe, Ihor i ja będziemy cię wspierać, wiesz o tym. Zagłosujemy na ciebie całą rodziną.

MĘŻCZYZNA:
Widzisz, jeśli przyjdzie Trump, wszyscy macie przechlapane. Ukraina.

MAMA:
Joe, powinniśmy się do ciebie modlić!

MĘŻCZYZNA:
Modlić się nie trzeba, ale przykro. Teraz czeka mnie na debatach taka masakra, że szkoda gadać. Od razu zaczną – pan co, wszczyna III wojnę światową?

MAMA:
A ty im powiedz, że Ukraina broni całego wolnego świata.

MĘŻCZYZNA:
Ale mówiłem, Olu.

MAMA:
A co z NATO? Przyjmiecie nas do NATO?

MĘŻCZYZNA:
Step by step.

MAMA:
Musimy kontrolować niebo. Ukraina potrzebuje floty powietrznej. Zapisz to, żeby nie zapomnieć. Nasza pamięć już nie ta, Joe.

MĘŻCZYZNA:
Pomyślimy, Olu. Nie martw się. Nasze zaangażowanie na rzecz Ukrainy się nie zmieni. Będziemy bronić Ukrainy dziś, jutro i tak długo, jak będzie trzeba.

MAMA:
Dziękuję, Joe. Jeszcze jedno. Moja córka jest teraz w Waszyngtonie, robi coś w teatrze, pójdziesz zobaczyć jej sztukę?

MĘŻCZYZNA:
Spróbuję. Harmonogram napięty, ale znajdę jakieś okienko.

MAMA:
Dobrze, spakuję ci trochę kotletów z kurczaka. I nowy pakiet pomocowy do podpisania.

MĘŻCZYZNA:
Co z tobą począć, Olu? Daj mi długopis, podpiszę. 

MAMA:
Słyszysz Joe, ktoś dzwoni czy to w moim uchu?

CÓRKA:
Wyobrażam sobie Putina wchodzącego do mojego mieszkania:

PUTIN:
No dzień dobry, Olga Iwaniwna, dzień dobry, Joe. Siedzicie tu i obgadujecie mnie? A ja wysłałem pani prezenty, Olgo Iwaniwna, jeszcze trzydzieści dziewięć rakiet i czterdzieści irańskich dronów. O, jaki suto zastawiony stół, faszerowana papryka, galareta na dwa sposoby! Mmm, pychota! Co, nie lubi mnie pani? A lubi pani siedzieć bez światła? Bez ogrzewania? Pod bombami? To co, planujecie się poddać? Poddajcie się, Olgo Iwaniwna, razem z całą Ukrainą. I nie słuchajcie tego Bidena. Będzie wam obiecywał. A proszę, co ja mam – bombę atomową!

MAMA:
Spójrz, Joe, jakie dranisko wprosiło się do nas. Atomówkę ma! A to niespodzianka! Ty przeklęty gadzie! Nie po to tyle lat pracowałam, żebyś mi zrujnował pół Ukrainy! Joe, co tak siedzisz? Widzisz, że Putin plącze się po mieszkaniu i siadasz! Co, nie masz broni?!

MĘŻCZYZNA:
Niczego nie zabrałem, Olu! Jestem z przyjacielską wizytą!

MAMA:
No pięknie, dobra Joe, zachodzisz z prawej. Teraz go otoczymy. Joe, spójrz, może jest tam coś ciężkiego. A weź daj mi ten słoik zeszłorocznych ogórków, ja go zaraz… A masz, ty raszystowski draniu!

I mama likwiduje Putina słoikiem kiszonych ogórków, ale… Putin zdąży nacisnąć przycisk atomowy

Scena 11. Armagedon jądrowy

CÓRKA:
Wyobrażam sobie, jak moja mama sprząta mieszkanie po nuklearnej apokalipsie. Zmywa radioaktywny pył z polskiego regału Hanka zdobytego po znajomości, czeskiego kryształu przywiezionego z podróży służbowych, zegara dziadka skradzionego w Berlinie w czasie tamtej wojny.

MATKA:
Jeśli dojdzie do wojny atomowej, Saszeńko, pamiętaj, że diamentowe kolczyki babci są w kredensie. Szkoda, że nie zabrałaś ich przed inwazją. Szkoda oczywiście, że zrobiłaś spektakl w MCHT nie na dużej scenie i że dzieci nie urodziłaś (a po cholerę ci one, same zmartwienia potem). Pamiętaj, że po pierwszej fali uderzeniowej nie wolno wstawać, poleż, może być ich kilka, i pamiętaj, że zamiast ciebie mogłam obronić doktorat, ale nie zrobiłam tego, wszystko przepadło przez tego starego marazmatyka, który urządził nam nuklearną apokalipsę, a teraz sprzątaj po nim, Ihor, co ty tam guzdrasz się przy cząstkach beta. Tu jeszcze gammę myć i myć. Korytarz jest cały w izotopach. Nie no, zobacz, Nina znowu polazła na spacer. Nino, Armagedon, gdzie leziesz? A ona mówi: Oluś, jestem w kombinezonie ochronnym, nic mi nie jest, a bez spaceru nie zasnę. Ihor kupił chałwę i cukierki Roshen na przecenie, żyjcie dla siebie, wszystko się u was poukłada, najważniejsze, nie wstawać po pierwszej fali…

MĘŻCZYZNA:
Po wojnie nuklearnej Ihor mocno się posunął. 

CÓRKA:
Nie ma Putina ani Surowikina, jest tylko Ukraina i wszystko jest Ukraina, a Bacha Bóg odpala prosto z nieba.

Ale tu pojawia się ten, którego w dramatach raczej unikamy – mianowicie kosmita.

Scena 12. Mama i kosmita

MĘŻCZYZNA:
Olgo Iwaniwna, Międzygalaktyczna Rada Najwyższych Istot Myślących na planecie podjęła decyzję. Wycofujemy cię z tej planety. Tej planecie nie da się już pomóc. Olgo Iwaniwna, zrobiłaś, co mogłaś – próbowaliśmy z twoją pomocą uratować Ziemian, ale niestety. Olgo Iwaniwna, ponieważ nie należysz do rasy ludzkiej, ale jesteś nieporównywalnie bardziej inteligentna i zostałaś przywieziona na tę planetę w 1941 roku, podrzucona w schronie, czego w niezrozumiały dla nas sposób domyślała się twoja mama i miała rację, zostałaś zesłana, aby pomóc istotom myślącym, ale wojna z Ukrainą była ostatnią kroplą. Walczyłaś dzielnie, próbowałaś nawet zniszczyć Putina, ale jego, widzisz, jego pojebało… Żadnych innych słów nawet my na najwyższej radzie galaktycznej nie potrafiliśmy znaleźć. Teraz musimy cię zabrać z powrotem…

MATKA:
Jak to zabrać, tu jest moja kuchnia, tu Ihor…

MĘŻCZYZNA:
Mamy zapasową planetę, będzie tam odtworzona biometryczna replika kuchni – będzie można gotować nóżki, mielić kotlety…

CÓRKA:
Nigdzie nie jadę, gdzie z moimi nogami?

MĘŻCZYZNA:
Ale my przywrócimy cię do wieku biologicznego rozkwitu. Kiedy niebieskie oczy – niebieskie cienie i to wszystko. Wokół was będą biologiczne kopie wujka Dimy, wujka Borii, wujka Wadika. Cioci Leny – cioci Niny – cioci Łarisy. Z wysokim indeksem dopasowania. Zamiast córki Saszy będziesz miała czat-bota – i tak się z nią nie widujesz.

MATKA:
Ale co z Ukrainą?

MĘŻCZYZNA:
Olgo Iwaniwna, w skali wszechświata Ukraina jest małą cząstką…

MATKA:
Zaraz, zaraz, nie chcę na skalę wszechświata, nie chcę czat-bota, chcę córkę i chcę Ihora, przeżyłam swoje życie i chcę doczekać zwycięstwa w moim mieszkaniu z moimi chorymi kośćmi! Dawajcie mi głównego!

Scena 13. Mama żąda od Boga interwencji boskiej 

CÓRKA:
Bóg będzie trochę zajęty: słucha Bacha przed zniszczeniem Ziemi:

MĘŻCZYZNA:
Olgo Iwaniwna, ty do mnie? O co chodzi?

MATKA:
O co chodzi? To ja się pytam, o co chodzi? Chcesz Boże zrujnować Ziemię? Doprowadzić mnie do zawału?  

MĘŻCZYZNA:
Olgo Iwaniwna, proszę usiąść. Sytuacja, jak sama rozumiesz, nie jest łatwa.

MATKA:
Posłuchaj, nigdy tak naprawdę w ciebie nie wierzyłam. Byłam ateistką, żyłam w takim a nie innym kraju, ale kiedy Sasza ochrzciła się w wieku 16 lat, to zaczęłam się zastanawiać. No a jak zaczęli bombardować, to ukradkiem w przedpokoju pod ścianą nośną modliłam się do ciebie. No czemu tego nie zatrzymasz?

MĘŻCZYZNA:
Droga Olgo Iwaniwna, według najnowszych danych nie jestem żadnym starcem z brodą…

MATKA:
A kim?

MĘŻCZYZNA:
Jestem sumą wszystkich wibracji kwantowych, wewnątrz struktur aminokwasów, czyli wewnątrz istot ludzkich, a także w zimnych gwiazdach, lodzie, morzach, pustyniach, w restauracjach i na plażach, w bunkrach i na okupowanych terytoriach, jestem tylko sumą waszych kwantowych pragnień, a jeśli waszym pragnieniem jest wzajemne zniszczenie, to co ja mogę? 

MATKA:
Nie gmatwaj Boże. Powstrzymaj to wszystko. Uratuj Ukrainę. Wiesz, jaki to wspaniały kraj, Ukraina? Moja mama jeszcze mówiła – a jakie tu są owoce, jakie pomidory, jakie brzoskwinie, jakie wiśnie, choć kosztują tyle, co samolot i jakie miasta – Chersoń, Sumy, Odessa, Lwów – i jacy ludzie tu są: raszyści ich zabijają, a oni śpiewają piosenki, Ukrainy nie wolno zabijać.

MĘŻCZYZNA:
Wszystko rozumiem, Olgo Iwaniwna, ale przecież drony, rakiety, to nie ja wymyśliłem, to wy…

MATKA:
Ach my! Gdzie byłeś, kiedy walczyliśmy z tym raszystowskim gadem? Widzę, że odpuściłeś z tą wojną. Gdzie byłeś, kiedy była Bucza? Mariupol? Charków? Dniepr? Winnica? Kijów?

MĘŻCZYZNA:
Oczywiście i dla mnie drogie jest moje dziecię, ale teraz już wszystko skończone. Cząstki kwantowe stały się falami i przeszły w całkowite splątanie kwantowe. Olgo Iwaniwna, czy masz pojęcie, co by się stało, gdybyś obroniła doktorat? Ludzkość obrałaby inną drogę!

MATKA:
Akurat. Jaki doktorat, komu on potrzebny. Przecież urodziłam Saszę, jest taka utalentowana!

MĘŻCZYZNA:
No wiesz, utalentowana. Takich utalentowanych mamy miliony.

MATKA:
Nieprawda! Błagam, nie naciskaj na przycisk! Sasza jest najzdolniejsza, najmądrzejsza, najpiękniejsza, chociaż miała pryszcze, ale to tatusiek, wiesz jak ona grała na skrzypcach, i jak pisała, i jakie spektakle robiła, co prawda nigdy jej nie mówiłam, ale jestem z niej dumna, dopiero teraz wyszła na światową arenę, jest w Europie, nie waż się, Boże, słyszysz!

Kocham ją, rozumiesz. Kocham moją córkę, kocham Saszę. Co prawda, rzadko jej to mówiłam. I chcę, żeby była szczęśliwa. Żeby żyła. 

MĘŻCZYZNA:
No dobrze, Olgo Iwaniwna

Usłyszałem cię, Olgo Iwaniwna. Z miłością nie ma dyskusji, Olgo Iwaniwna, wiesz, jak mnie podejść. Miłość jest wszystkim. Zwłaszcza taka, matczyna. Nawet splątanie kwantowe jest niczym wobec miłości.  Pozdrowienia dla Ihora, choć mocno się posunął. 

CÓRKA:
W ten sposób, dzięki mojej matce, Bóg dał ludzkości kolejną szansę.

Epilog 

CÓRKA:
Siedzimy z mamą nad morzem. Ihor dusi mięso i ziemniaki. Dom jest nad samym morzem – bo gdzie z jej chorymi nogami. Marzę o tym, że zarobię i kupię go. Mama patrzy w dal swoim sokolim wzrokiem.

Mamo, spójrz, zbliża się trawler. Widzisz to?

MATKA:
Nie widzę. Starość nie radość, co chcesz. Całkiem ślepa jestem.

CÓRKA:
Nadpływa statek wycieczkowy, widzisz?

MATKA:
Widzę.

CÓRKA:
Popłynęłabyś takim, mamo?

MATKA:
Patrz na morze! Kolor wody odpręża rogówkę. 


Sierpień–październik 2022

Jeszcze więcej treści!

NIE PRZEGAP ŻADNEGO NUMERU

Cena: / rok

Komentarze

Komentujesz tekst: Moja mama i pełnowymiarowa inwazja