Felietony

Neoprawdy

| 7 minut czytania | 435 odsłon

Zastanowiło mnie ostatnio dwoje parlamentarzystów, którzy są jak motyle, kaktusy i ośmiornice – razem wzięte – polskiej polityki. Oboje pochodzą w Wrocławia, choć jeden udawał w ostatnich wyborach, że jest z Rzeszowa. 

Leszek Kołakowski przypomina, że „przekazywanie fałszywych informacji, jest – by tak rzec – w porządku natury”. Filozof odwołuje się do wdzięcznego przykładu sztuki pozorowania, kiedy „motyl mówi do ptaszka: Nie jestem motylem, tylko zwiędłym liściem”.

Zmyślność natury przypadła też w udziale kaktusowi, udającemu kamień (Jestem zwykłym małym kamieniem!). Jednak nic nie przebije ośmiornicy z gatunku Thaumoctopus mimicus, która potrafi całkowicie wtopić się w środowisko, zmienia kolor i kształt w zależności od tła. Jest jak lustro. Odbija otoczenie.

Zastanowiło mnie ostatnio dwoje parlamentarzystów, którzy są jak motyle, kaktusy i ośmiornice – razem wzięte – polskiej polityki. Oboje pochodzą w Wrocławia, choć jeden udawał w ostatnich wyborach, że jest z Rzeszowa. Oboje zdobyli wielką liczbę głosów i…

Najpierw spojrzenie wstecz: Pamiętacie „panią w niebieskim sweterku” z felietonu „Samotność i propaganda?” Widziała szatana w jednym z kandydatów na posła, a jej pomstowaniu nie było końca. „Tylko PiS”, „Tylko PiS!”, „Wszyscy na PiS”. Ta pani zapewne oddała jeden z dziewięćdziesięciu siedmiu tysięcy głosów na „jedynkę” partii we Wrocławiu, posłankę Mirosławę Stachowiak-Różecką. Chwilę po rozmowie na ławeczce, dwie ulice dalej, spotkałam posłankę – i to nie jest felietonowa fabularyzacja, tylko realne zdarzenie (wiem, że brzmi nie do wiary).

Pani poseł jak zwykle pięknie wyglądała: figura modelki, fryzura co do milimetra, fatałaszki najlepszego gatunku i w dodatku gustowne. Naręcze kwiatów. Po dwóch stronach pani poseł dworowali asystenci: kobieta i mężczyzna, oboje niżsi, bo pani poseł miała wysokie szpilki. Obrazek jak z Piątej Alei na Manhattanie. Prominentna pani. W istocie, bo tydzień później Mirosława Stachowiak-Różecka zdobyła prawie sto tysięcy głosów, o sześć tysięcy więcej niż w poprzednich wyborach.

A gdyby tak pani emerytka zobaczyła panią poseł? Czy byłaby w zachwycie jak przed obrazem Madonny? Czy może zrozumiałaby, że coś tu nie gra. Polityczka ludu wyglądająca jak ktoś, kto dwie godziny dziennie poświęca na salon piękności. To zresztą znana maniera w niektórych kręgach politycznych – swego czasu Wiktor Janukowicz, prorosyjski prezydent Ukrainy, słynął z tego, że największą część dnia zabierały mu salony piękności (które ze względów praktycznych ulokował we własnym pałacu). W każdym razie przy „Mireczce” (jak mówią o niej znajomi) poczułam się jak kocmołuch, więc piszę z zazdrości!

Ale przy okazji zaintrygowało mnie, czy w końcu rozwiązała swój problem, który onegdaj ponoć zdenerwował Prezesa, czyli brak dyplomu ukończenia przez nią studiów, chociaż wcześniej pozorowała, że posiada wyższe wykształcenie (po Kwaśniewskim opinia publiczna zdawała się już uczulona na takie przypadki). Było to w czasach, kiedy Prezes bardziej panował nad stadem.

Posłanka, urodzona w 1973 roku, studiowała na początku lat dziewięćdziesiątych Pedagogikę na Uniwersytecie Wrocławskim (ważne!), ale pracy magisterskiej nie napisała. Zaangażowała się w politykę, niemal zaraz po porzuceniu studiów (czy „zwieszeniu”, jak kto woli). Potem była przez wiele lat radną miasta, zawodową polityczką. Kiedy weszła do parlamentu, posłanka zaczęła dyskretnie rozpytywać, jakby tu dorobić magisterium. Czasy się zmieniły, szkół wyższych dużo, może by tak… Co tam, że programy studiów przeszły rewolucję i że jeśli ktoś po wielu latach chce obronić pracę magisterską, musi zaliczyć tak zwane „różnice programowe”, czyli de facto zacząć studia od początku. Poza tym zmienił się system, studia pięcioletnie zostały podzielone, pojawił się etap licencjatu (też brak).

No więc, gdy tak elegancką posłankę minęłam, zastanowiło mnie, czy udało jej się „dorobić” dyplom. Oczywiście. Czytam, że jest już panią magister. Od roku 2017 (czyli jakieś dwie dekady po porzuceniu studiów) obroniła pracę w Dolnośląskiej Szkole Wyższej, na Wydziale Nauk Pedagogicznych, na kierunku Pedagogika Specjalna. Robiąc dyplom pani magistrantka była już panią poseł. Brawo. Coś mi jednak podpowiada, że w tym przypadku nie ma zastosowania przysłowie „lepiej późno niż wcale”. Dla niepoznaki, że posłanka pozoruje, zapisała się nawet na studia doktoranckie, co tam… Porzuciła.

Jako pedagożka specjalna i funkcjonariuszka partii PiS Stachowiak-Różecka zupełnie obojętnie przechodziła na korytarzach sejmowych obok osób z niepełnosprawnościami, które protestowały i próbowały zwrócić uwagę parlamentarzystów na swój los. Pewnie spieszyła się do salonu piękności.

Drugim motylem, a raczej ośmiornicą, polskiej polityki jest Grzegorz Braun, który przez nas, znajomych ze studiów, nazwany został „Pawką” (od Pawki Morozowa, który doniósł na własnego ojca). Byliśmy wstrząśnięci atakiem lustracyjnym grzecznego Grzegorza na podziwianego przez nas Profesora. Po wielu latach Profesor wygrał sprawy w sądach we wszystkich instancjach (bo oskarżyciel niczego nie udowodnił), ale Braun odmówił zasądzonych przeprosin. Później sprawa trafiła jeszcze do Trybunału w Strasburgu, który orzekł, że Braun jako publicysta nie musiał udowadniać swoich oskarżeń, chociaż gdy oczerniał Profesora, robiąc z niego demonicznego TW, występował na konferencji naukowej IPN zorganizowanej w Teatrze Kameralnym we Wrocławiu.  

Minęły lata i szał lustracyjny Pawki zmienił się w szał antysemicki. I oto Braun stanął na reducie obrony dobrego imienia Polski. Pół roku przed wyborami zaatakował kolejnego profesora, tym razem fizycznie. Przerwał wykład Jana Grabowskiego, który mówił o postawie Polaków w czasie Zagłady. Braun wpadł w widowiskowy obłęd, wyrywał kable, przewracał sprzęt nagłaśniający. I ogłosił światu – a intencjonalnie: swoim wyborcom – że będzie bronił Polaków przed ich własną przeszłością i przez Żydami. Udając szaleńca jest zwykłym cynikiem.

Nadeszły wybory i Braun (Konfederat) uzyskał prawie dwadzieścia siedem tysięcy głosów (trzeba przyznać – o cztery tysiące mniej niż cztery lata wcześniej).

Nie przypominam sobie, aby Braun kiedykolwiek prywatnie mówił coś antysemickiego. W jego dawnym wrocławskim środowisku wiele osób pamięta, że był raczej filosemitą, wiele wiedział o historii, miał dużo czasu na czytanie, nie musiał pracować. No, ale czasy się zmieniają, teraz zabiegał o głosy Podkarpacia, kampania była skrojona pod pewien typ wyborcy na Rzeszowszczyźnie. Trzeba było zamanifestować, że nikt nikomu nie będzie przypominał, że domy,  które przejęli dziadkowie, należały do Żydów i czasem mają ponurą historię. Z tych samych powodów Braun kaznodziejsko opowiadał z trybuny sejmowej, jakim to złym ojcem był Józef Ulm, bo ratował cudze dzieci i narażał swoje (aż przykro to przytaczać). Ba, Braun zamieszkał nawet bliżej swoich wyborców, na stronie sejmowej widnieje informacja, że mieszka w Rzeszowie (wyborcza mimikra).

Obawiam się, że autor książki „Czas postprawdy” Ralph Keyes ma rację, gdy twierdzi, że współczesne społeczeństwa „wykształciły w sobie większą tolerancję dla kłamstw”, że „prawda jest mniej ważna niż pieniądze”, że „przystrajanie” własnej biografii trikami staje się powszechną praktyką (po którą sięgają częściej ludzie znani i uważani za atrakcyjnych), że wyborcy ufają „wirtualnej prawdzie”. Co więcej, wierzą w nią także ci, którzy ją kreują. Obawiam się, że „przekazywanie fałszywych informacji” należy nie tylko do „porządku natury”, co przypominał Kołakowski. W ostatnich ośmiu latach „przekazywanie fałszywych informacji” stało się porządkiem polityki.  

Nie jestem kaktusem, jestem zwykłym kamyczkiem.   

Urszula Glensk

Urszula Glensk