Felietony

Senatus Mulieri

| 5 minut czytania | 247 odsłon

Internauci huknęli jednym głosem, ponad czterysta wpisów pojawiło się niemal natychmiast. Szczegółów nie szczędziła jedna z kobiet, która napisała pełen żalu protest i zobrazowała go pornograficzną sceną. Publiczna spowiedź zmieniła się w publiczną egzekucję.

Wyrok internautów nad Marcinem Kąckim zapadł akurat wtedy, gdy czytałam książkę o  Kazimierze Iłłakowiczównie. Reporter i poetka dosłownie zderzyli się w mojej głowie. Kraksa między dorożką a Fordem Mustangiem.

Nie chodzi o różnice form gatunkowych, ani zmysł obserwacji, ani o talent układania słów, ani o sposoby widzenia świata. Naturalnie, bliższe jest mi reporterskie pisarstwo Kąckiego, który jak zwierzę reaguje na niewyczuwalne dla otoczenia drgania, niż górnolotne wiersze dawnej poetki. Ale nie o styl literacki tutaj chodzi, tylko o ujawnienia i dyskrecję, wstyd i bezwstyd, nudę i prowokację.

Dorożką jechała Iłłakowiczówna. Poetka urodziła się pod koniec XIX wieku, choć nie wiadomo dokładnie kiedy –  rok urodzenia należał do pilnie strzeżonych tajemnic. Nawet ona sama mogła nie wiedzieć, bo zamęt w tej sprawie zrobiło raczej pokolenie rodziców. Nie wiadomo, kto był jej ojcem. Ukrył się, a może został ukryty? Też nie wiadomo. Córka była „nieślubna”, ówczesny słownik miał pod dostatkiem przyjaznych słów typu: „bastard”, „najduch”, „bękart”, „podrzutek” (akurat matka nie porzuciła Kazimiery, ale wcześnie zmarła).

W każdym razie biografowie Iłłakowiczówny mieli twardy orzech do zgryzienia, począwszy od kłopotów z metryką, a skończywszy na ustalaniu faktów z jej dorosłego życia. Kiedy jedna z badaczek twórczości poetki dotarła do jej siostry, Iłłakowiczówna natychmiast przywołała ją do porządku i zabroniła upubliczniania zdobytych przez badaczkę informacji biograficznych. Perypetie literaturoznawczyni z lat 60. XX wieku, która została zablokowana w swoich poszukiwaniach, opisuje Lucyna Marzec w brawurowej pracy „Papiery po Iłłakowiczównie. Archiwum jako przedmiot badań”. Najchętniej przywoływany etap życia Iłły, to czas jej sekretarzowania Józefowi Piłsudskiemu. Wierna adiutantka, autorka bałwochwalczych wierszy o marszałku i legendotwórczych wykładów, wygłaszanych przez nią w całej Europie.

Osobistych relacji z politykiem nie rozgłaszała – żadnych niedyskrecji – pilnowała rozdziału publicznego od osobistego. Biografia Piłsudskiego pełna jest afektów miłosnych i erotycznych, ale Iłłakowiczówny nie da się w nie wmontować. Polityk ponoć wspierał się na jej ramieniu „platonicznie”, jak to ujęła pół wieku później. Nie wnikam. Szanuję.

Przerwałam wędrówkę za Lucyną Marzec po archiwum pisarki, gdy znajomy zapytał: „widziałaś imbę z Kąckim?”. No i oczywiście z opowieści o staroświeckiej poetce, natychmiast przekierowałam uwagę na reportera, którego pisarstwo uznaję za znakomity przykład „dokumentów społecznej niedyskrecji”, prokuratorską walkę z hipokryzją.

Kącki lubi bohaterów o podwójnych tożsamościach. W zbiorze reportaży „Poznań. Miasto grzechu” przypomniał głośną w międzywojniu postać Feliksa Piekuckiego, pułkownika, który z równą sprawnością organizował Kongres Eucharystyczny co Senatus Mulieri (czyli dom publiczny, gdzie zniewalał nieletnie). W pisarstwie Kąckiego hipokryci z zadęciem narodowym znajdują swoje żałosne portrety.

„Imba” zaczęła się jednak w chwili, gdy reporter postanowił napisać o sobie, w ramach ruchu wyprzedzającego Ford Mustang nie od razu nabrał niebezpiecznej szybkości. Ekshibicjonistyczna  opowiastka zaczyna się jak typowa „spowiedź wieku dziecięcego”. I jak to w gatunkach niedyskrecji dużo o rodzicach, o dramatycznej przeszłości rodzinnej, o starszej siostrze w tarapatach. Obyś nie miał skłonnego do upubliczniania historii domowych syna czy brata, córki czy matki.  

Najpierw nie mogłam się oderwać, bo historia napisana spod koszuli, brawurowo, w reporterskim stylu gonzo, pół żartem, pół serio. O nocy spędzonej w Wiśle (!), o mokrym przebudzeniu w wodzie i o twarzy policjanta nad sobą, o zaleganiu na piersiach prostytutek, o hektolitrach alkoholu. Ale w pewnym momencie perypetie i wybryki zmieniają się w opowieść o psychoanalityku, a kurtyny spadają jedna po drugiej. Zażenowanie czytelników mogło rosnąć wraz z coraz częściej pojawiającym się słowem MeToo. Piszę w czasie przeszłym o możliwych wrażeniach odbiorców, bo konfesyjny artykuł Kąckiego został zdjęty przez redakcję „Gazety Wyborczej”, została informacja „Przepraszamy za publikację tekstu Marcina Kąckiego, usuwamy go z sieci”.  

Zanim jednak spowiedź zniknęła z portalu „Gazety”, internauci huknęli jednym głosem, ponad czterysta wpisów pojawiło się niemal natychmiast. Szczegółów nie szczędziła jedna z kobiet, która napisała pełen żalu protest i zobrazowała go pornograficzną sceną. Publiczna spowiedź zmieniła się w publiczną egzekucję. I jak to na placu egzekucji krzyczą tłumy moralnie oburzonych.  Nie ma zwycięzców. No chyba, że gawiedź zadowolona z uczestnictwa w werdykcie.

„Miasto grzechu” Kącki rozpoczyna motem-cytatem z jeszcze innego poznańskiego poety, Wojciecha Bąka: „Tłoczę swym ciężarem całe robactwo, jakie się pod nim mrowi i wije. Nie widać tego, dopóki ja leżę, jak kamień. Ale niestety, jak się ruszę to wszystko się rozlezie bezwładnie”. Że też reporter nie przypomniał sobie tej metafory, kiedy zaczynał autobiograficzny tekst-retrospekcję ze swojego życia.

Nie mam żadnej konkluzji. Bezradnieję między sensem dyskrecji a sensem niedyskrecji. A stara dorożka tylko nudne pa-ta-taj, pa-ta-taj.    

Urszula Glensk

Urszula Glensk