Felietony

Wspólnota

| 6 minut czytania | 265 odsłon

Jest tu scena, która opisuje spotkanie aktorów po spektaklu z dyrektorem teatru, a tematem rozmowy jest to, że ich koleżanka aktorka grała pod wpływem alkoholu i to się działo już po raz kolejny. Czy państwu to coś przypomina?

To nieprawda, że najokrutniejszy miesiąc to kwiecień, jak pisał Thomas Stearns Eliot w Ziemi jałowej. W teatrach w całej Polsce w tym miesiącu wrze najbardziej, w każdy weekend jest wysyp premier. Kwiecień obdarowuje nas ich mnóstwem. Wiosna wystrzeliła w parkach i na ulicach, także kotłuje się na scenach w całym kraju. Media społecznościowe zasypane są zdjęciami wieczorów premierowych, podziękowaniami, wpisami o tym, jakie to były ważne spotkania zawodowe i ludzkie dla wielu z nas. Niesiony tym entuzjazmem znajduję się na spektaklu Melodramat w reżyserii Anny Smolar w Teatrze Powszechnym w Warszawie. To złożona opowieść o współuzależnionych, także o tych ze środowiska teatralnego. Jest tu scena, która opisuje spotkanie aktorów po spektaklu z dyrektorem teatru, a tematem rozmowy jest to, że ich koleżanka aktorka grała pod wpływem alkoholu i to się działo już po raz kolejny. Czy państwu to coś przypomina? 

Postaci mówią w tej scenie o nieobecnej aktorce, twierdzą że nie da się z nią pracować, nikt nie wie co robić, wszyscy mają już dość. Dyrektor teatru, grany przez Michała Czachora, jest biegły w socjotechnikach i sprytnie uspokaja aktorów. Znamy z wielu sytuacji te pokrętne argumenty, że przecież najważniejszy jest spektakl, a przed teatrem ważne wyjazdy zagraniczne, rozgłos i prestiż. A kto nie chce rozgłosu i prestiżu? A jak się nie pojedzie za granicę z teatrem, to w przyszłości zapraszać już nie będą, co będzie szkodą dla teatru, i budowanego przez lata wizerunku i będą straty finansowe. Że oczywiście trzeba tę sytuację rozwiązać, ale przecież to ukochana aktorka reżysera, a to są trudne rozmowy. Poza tym któż jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamieniem. A komuż się nie zdarzało w przeszłości nadużyć alkoholu w pracy? Wiadomo, że problem jest poważny i się go niewątpliwie rozwiąże, ale przecież ważni są też widzowie, bo kolejne spektakle wyprzedane, a oni przychodzą przecież na tę aktorkę. Oczywiście cały zespół jest fantastyczny, ale reżyser tej aktorki nie zmieni, bo ona go inspiruje. A tak w ogóle to się bardzo dziękuje każdemu z osobna, że każdy tak się troszczy o dobro spektaklu, a co za tym idzie i teatru, a to jest wartość bezwzględna i nieoceniona. Ale dobro spektaklu jest najważniejsze. Jeden z aktorów, grany przez Andrzeja Kłaka, zadaje pytanie: ale czy ja jestem tu nieważny? To pytanie bardzo emblematyczne w tym kontekście. Kto jest ważny czy ważniejszy? A może nikt w takich sytuacjach nie powinien być ważniejszy? Ale nie oszukujmy się, hierarchia panuje w każdym teatrze, czy tego chcemy czy nie. Zresztą gorzko to pointują twórcy spektaklu, ale nie będę spojlerował. Decydenci mają swoją ustaloną hierarchię ważności i wydaje się, że nic tego nie zmieni. Może się okazać, że najważniejsza jest wartość kapitału i niczym niezachwiana pozycja ulubionej aktorki znanego reżysera. 

Aktorzy Teatru Powszechnego grają tę scenę brawurowo, jakby byli dogłębnymi znawcami tematu, zresztą figurują także jako autorzy dialogów spektaklu. Można domniemywać, że podobne sytuacje także ich spotkały w realu. Na początku scena bawi publiczność, jakby odnajdywała tam nie tylko absurdalną sytuację do odreagowania śmiechem, ale także jakby znała to z autopsji jako sytuację modelową. Z biegiem czasu atmosfera gęstnieje i staje się upiorna, śmiech zamiera widzom na ustach. Często bywamy współuzależnieni, nawet jeżeli się od tego odcinamy, a to z powodów wizerunkowych, uwikłań i osobistych korzyści. Jednak jesteśmy wówczas w centrum zdarzeń, w których nie chcielibyśmy brać udziału. I wydaje się wtedy, że żadne wyjście nie jest dobre, ponieważ jesteśmy w środku, jak w patologicznej rodzinie. Spektakl precyzyjnie pokazuje te mechanizmy, odnosi się też do innych pokrewnych sytuacji, rodzinnych relacji. 

Czy ja jestem ważny? – długo po spektaklu dźwięczało mi w uszach to pytanie. A może ważniejszy jest teatr? Może zysk kapitałowy, a może ważna jest aktorka i reżyser, ich wspólna twórczość? Nie my, aktorzy. Nie my, pracownicy techniczni, którzy też często są narażeni w godzinach pracy na aktora czy aktorkę w stanie upojenia, bynajmniej nie sztuką, a alkoholem lub narkotykami, nie bójmy się tego głośno powiedzieć. To problem, który jest zamiatany często pod dywan. To ważne, że twórczynie i twórcy tego spektaklu chcą się tym zajmować. Jak powszechnie wiadomo, niemal każdy miał alkoholika w swojej rodzinie i od dziecka był uczony, jak być cicho i nie reagować na pijanego ojca lub wujka. To samo później odbywa się w naszych miejscach pracy, również w teatrach. Oby coraz rzadziej. 

Przypomina mi się jedna sytuacja. Kiedyś zaprosił mnie do współpracy jeden z dyrektorów warszawskich teatrów. Miałem być dramaturgiem spektaklu. Przez miesiąc przygotowywałem się do tej pracy, ale reżyser z Litwy nie przyjechał na pierwszą próbę. Próby zostały odwołane w trybie natychmiastowym, ponieważ reżyser, jak mnie poinformowała dyrekcja, ponownie zmaga sięz nałogiem alkoholizmu. Później dyrektor dodał niby żartem, że już nieformalnie może mi powiedzieć, że nie tylko z powodów zawodowych zaprosił mnie do tej współpracy, chciał też żebym pilnował tego reżysera, żeby nie ruszył w czasie prób w podróż po warszawskich lokalach, co mu się już kiedyś zdarzyło. 

Tymczasem kwiecień się kończy, inwazyjnie wkracza piękny maj, no po co zajmować się takimi smutnymi problemami? Które w dodatku często mimo dobrych chęci są nierozwiązywalne i zwykle najmocniej obrywają ci, którzy są w porządku, a nie ten kto nadużywa i nadużywać będzie? Czy nie lepiej zapomnieć o tych dręczących przykrościach, pójść nad rzekę, wyjechać nad morze, posłuchać w górach szemrzącego strumienia? A może warto się zająć tym wszystkim na poważnie i reagować po pierwszej takiej sytuacji, a nie po którejś z kolei? Zanim staniemy się zakładnikami. Niech Państwo odpowiedzą sobie sami. 

Krzysztof Szekalski

Krzysztof Szekalski