Felietony

NOCNE GRZYBOBRANIE

| 4 minuty czytania | 625 odsłon

Czas wracać do domów, czas wracać pod dach naszych wynajętych pokojów, kawalerek, ciasnych polskich mieszkań. Gdy na świat spada pierwsza zimna od przymrozku wieczorna rosa, uświadamia nam, że nie wyjdziemy z nich przez następnych dziewięć miesięcy.
Jak wszyscy od urodzenia przyzwyczajeni mieszkańcy północy przyjmuję swój los z pokorną rezygnacją.

Wraz z powrotem wydłużającej się dzień pod dniu ciemności – wszystko wraca na swoje miejsce. Tak jakby ta bezwstydna, młodzieńcza, bezczelna jasność lata była słusznie mijającą, a niezasłużenie trafiającą nam się chwilą radości. Zmrok zapadający codziennie znienacka, bo codziennie szybciej napomina niczym neurotyczna surowa nauczycielka w zbyt ciasno spiętym na głowie koku – czas wracać do lekcji. Czas wracać do domów, czas wracać pod dach naszych wynajętych pokojów, kawalerek, ciasnych polskich mieszkań. Gdy na świat spada pierwsza zimna od przymrozku wieczorna rosa, uświadamia nam, że nie wyjdziemy z nich przez następnych dziewięć miesięcy. 

Jak wszyscy od urodzenia przyzwyczajeni mieszkańcy północy przyjmuję swój los z pokorną rezygnacją. Jeszcze przez chwilę dnie łudzić nas będą ciepłem zachęcającym do nerwowej jesiennej aktywności, zaległych przejażdżek rowerowych, kaw pitych w ogródkach kawiarni czy siedzenia z książką na ławce w parku, ale i to wkrótce zniknie w ciemnej przestrzeni poszerzającej zachłannie swoje królestwo zimowej nocy. Ciepła letnia otucha wyczerpie się ostatecznie gdzieś w okolicy przesilenia – tak świetnie zagospodarowanego przez wszystkie religie – rozmaitymi świętami pełnymi nadziei na przetrwanie. Nadziei na wyjście z jaskini ciemnych miesięcy znów na krótki karnawał światła tak gdzieś w okolicach czerwca. 

„Zbudziłem się o tej mrocznej godzinie, która zaczyna beznadziejny dzień jesienny. Leżę i patrzę w okno pełne chmur, a właściwie pełne jednej chmury, jak sczerniała ze starości tapeta”. Pisze Tadeusz Konwicki w „Małej apokalipsie” i dodaje korespondujący z dekadencką aurą passus: „To jest godzina podliczania kasy życiowej, godzina codziennego obrachunku. Kiedyś ludzie podsumowywali się o północy, przed ciężkim zaśnięciem, teraz biją się w piersi nad ranem, obudzeni łoskotem zdychającego serca”. 

Podobnie jak ów, jak widać z powyższego cytatu, zaprawiony w boju mieszkaniec ciemnego północnego kraju tak również i ja uważam, że „mój własny Nowy Rok zaczyna się na początku jesieni”. Nigdy tak, jak właśnie o tej porze nie doświadczam równie dojmującego poczucia straty. Nigdy nie zarzucam losu tak częstymi pretensjami w słusznym, choć stłumionym nieuchronnością, poczuciu rozczarowania. 

Trzeba brać się do roboty, a tu siły jeszcze się nie odbudowały, trzeba się rzucić w wir szaleńczych i straceńczych prób zmieniania świata, a tu jeszcze nadzieja nie odrosła, jest mała i wątła jak niewyrośnięty podgrzybek, nie czas na grzybobranie, nikt się tą jajecznicą nie naje. 

Może to zmęczenie wisi tu w powietrzu? Może w tym kraju taki mamy klimat? Pisze Marek Bieńczyk w artykule „Zmęczeni? Witajcie w klubie”. I zaraz dodaje na pocieszenie trochę Ciorana, który mówił, że tylko podmiot bezsilny i wycieńczony umie dostrzegać przenikliwie bieg rzeczy. „Bo też zmęczenie określa nasze istnienie w tym, że nie jest wyłącznie efektem ciężkiej roboty, że nie jest karą ani skruchą, lecz pierwszą rzeczywistością: jesteśmy zmęczeni tym, że musimy iść dalej, posuwać się przez życie, w dodatku z »cieniem Boga«”.

Opisywane przez niego zmęczenie dziś sklasyfikowalibyśmy jako kliniczną depresję, a nie rodzaj oświecenia przybliżający nas do istoty bytu. Jednak zapomnijmy o tym i weźmy tego Ciorana za dobrą monetę. Może rzeczywiście czas zmęczonych wiwisekcji, podsumowań i podliczeń przybliży nas do pragmatycznych rozwiązań otaczających nas problemów. 

Wierzmy brawurowo i wbrew różnym końcom – lata czy świata. Wierzmy, a co nam szkodzi? Że mimo jesieni, ciemności i zmęczenia znajdziemy siłę na dalszą walkę o siebie i o ten utopijny lepszy świat. Niestety pierwsza poważna bitwa już w październiku. Czy pożywne podgrzybki nadziei wyrosną do tego czasu? Ja wierzę w to, mimo zmęczenia, wierzę. W końcu jesień oprócz nieuchronnie nadchodzącego mroku oferuje też czasem miłe atrakcje: na przykład grzybobranie. 

Małgorzata Maciejewska

Małgorzata Maciejewska