Felietony

Przyczynek do odpoczynku
Część 3. Niemożliwa utopia

| 5 minut czytania | 787 odsłon

Już nie zdołasz utrzymać się robiąc dwie premiery rocznie, teraz musisz zrobić ich kilka! Coraz krótszy proces wymaga zmiany języka, więc zamiast zmienić system zmieniliśmy język na swoisty „monologowy teatr ubogi”. Wychodzi czterech aktorów na scenę i na przemian mówią sążniste monologi, na przemian „tańczą” jakiś układ choreograficzny, towarzyszy im trochę muzyki z głośników, kompletny brak scenografii (bo droga), a także wesołe parę rekwizytów z marketu lub magazynu.

W czasach, gdy dyskutuje się coraz poważniej czterodniowy tydzień pracy i podstawową płacę minimalną Polska będąc, jak zwykle, mistrzem Polski idzie na rekord w pracoholizmie. Statystyki mówią, że wbrew tendencjom pracujemy coraz więcej, coraz częściej cierpimy z powodu wypalenia zawodowego i depresji. 

Socjologowie zastanawiają się czy to nasza pańszczyźniana spuścizna, czy może ambicja transformacyjna uczyniła z nas europejskiego Terminatora Pracy. W każdym razie czas wolny jest w naszym społeczeństwie nadal traktowany z podejrzliwością, szefowie troskliwie wypełniają go kolejnymi zadaniami, a my wolimy te zadania niż konfrontację z wymagającym i przerażającym bożkiem odpoczynku. Niektórzy boją się tak bardzo, że każdą wolną chwilę poświęcają na kompulsywne przeganianie czasu: binge watching lub binge drinking. Pewni, że w otumanieniu fabułkami lub alkoholem nie będą musieli zdać sobie sprawy z nieumiejętności oddania się tak pierwotnej fizjologicznej czynności, jaką jest odpoczynek. 

Nie mieliśmy łatwo, należało gonić Europę, nadrabiać zaległości, wypracować PKB, atrakcyjny rynek pracownika dla zachodnich inwestorów. Udało się. W wielu dziedzinach pełnimy dziś w Europie rolę „małych Chin”, dla tych firm, które „etycznie” nie chcą już produkować poza naszym kontynentem. Składamy samochody, szyjemy ciuchy, ostatnio nawet market na I. chwali się, że swoje tanie meble produkuje w pięknym wolnym kraju nad Wisłą.  

Jak ta atmosfera drapieżnego kapitalizmu nie miała się przenieść również w dziedzinę sztuki? Oczywiście, że się przeniosła! W teatrach wyrabiamy obecnie normy stachanowskie, dając w coraz krótszym czasie coraz więcej premier. Ktoś powie: super! Dzięki temu więcej ludzi ma pracę. Ale przecież jest druga strona medalu: więcej premier to mniejsze budżety, tańsze koszty produkcji i w konsekwencji… zmuszanie ludzi do większej ilości pracy! Już nie zdołasz utrzymać się robiąc dwie premiery rocznie, teraz musisz zrobić ich kilka! Coraz krótszy proces wymaga zmiany języka, więc zamiast zmienić system zmieniliśmy język na swoisty „monologowy teatr ubogi”. Wychodzi czterech aktorów na scenę i na przemian mówią sążniste monologi, na przemian „tańczą” jakiś układ choreograficzny, towarzyszy im trochę muzyki z głośników, kompletny brak scenografii (bo droga), a także wesołe parę rekwizytów z marketu lub magazynu. Wszystko by opowiedzieć w sposób pamiętnikarsko-reporterski o kolejnej ważnej sprawie do odhaczenia. Publiczność ma nowy produkt, żyjący życiem motyla – jeden sezon, krytyka ma kolejną cegiełkę do jakiegoś przekrojowego artykułu o dyżurnych tematach z listy, aktorzy mają spektakle do grania i wszyscy zadowoleni. 

Pojawiające się od czasu do czasu nieśmiałe i ciche głosy o upadku sztuki teatralnej, której składowymi przecież od zawsze były: autorska muzyka, często na żywo, scenografia nie z firmy na I, czy dramat, jako trzymający rękę na pulsie rzeczywistości nośnik znaczeń i wzruszeń są uciszane szybko jako resentymentowe, pochodzące z minionej epoki. Przecież dobrze jest, dobrze jest. Widz jest, dotacja jest, kolejne granty są, więc po co naprawiać niezepsute?

A ja myślę jednak, że jest zepsute. Jeżeli zgodziliśmy się na kryterium ilości a nie jakości, to jednak coś jest nie tak, i żadnym argumentem nie jest fakt, że czasem i za te przysłowiowe pięć złotych powstają dzieła wybitne. One powstają na przekór i pod prąd, a nie dzięki systemowi rozmieniania na drobne. 

Bo my, artyści też musimy przez to rozmieniać się na drobne. Pozostaje moje odwieczne pytanie, na które nikt nie umie udzielić mi odpowiedzi: ile rzeczy ważnych, istotnych artystycznie i społecznie, dopracowanych i przemyślanych jesteś artystko/artysto w stanie stworzyć w jednym sezonie? I czy naprawdę aż sześć? 

Z rozmów ze znajomymi z branży nieśmiało wychyla się odpowiedź, że raczej jedną… lub dwie… A pozostałe cztery, których potrzebujesz, żeby przeżyć? Na te cztery spuśćmy litościwie kurtynę milczenia. 

Tym kończę na razie mój „Przyczynek do odpoczynku”, może gdy już go napisałam teraz przyjdzie on sam, jak wywołany zaklęciem zazdrosny bożek odpoczynku i wreszcie będę mogła zasnąć bez ironicznie patrzących baranów: a ty, czy napisałaś już swój zaległy tekst? 

Małgorzata Maciejewska

Małgorzata Maciejewska