Felietony

Relacje tymczasowe

| 3 minuty czytania | 453 odsłon

Jest coś nierównego w tej świadomości osób zawodowo zajmujących się teatrem. Ta wiedza rzadko jest wypowiadana. Czy można umówić się na to z góry? Nasza relacja jest pracownicza i jest tymczasowa.

Praca przy projektach partycypacyjnych ma wpisany w siebie bolesny akcent, o którym rzadko opowiada się głośno. I trudno się dziwić, przecież spotkanie z „ekspertami dnia codziennego”, „aktorami niezawodowymi” czy „dawcami historii”, którzy na co dzień nie pracują w teatrach wiąże się z budowaniem zaufania, emocjonalnego bezpieczeństwa i rodzaju bliskości, która ma pozwolić na głębsze wejście w badany temat. Bez tego ani rusz. Co jednak zrobić z tą naroślą na wspólnej pracy, którą okazuje się nawiązana relacja? Czy to było planowane? Przecież w trybie życia teatralnego nauczyliśmy się jako twórcy tak bardzo zawodowi, że relacje trwają tyle ile praca. Przynajmniej te między realizatorami a aktorami. Ewentualnie mamy szanse na równie długą powtórkę, jeśli dyrekcja teatru zdecyduje się znów nas zatrudnić. Relacje między realizatorami mogą potrwać nieco dłużej. W końcu z pracy na pracę to jakaś forma kontynuacji. 

Co robić z tym wypracowanym porozumieniem i jak wytłumaczyć sobie, że intensywność tych spotkań i ich trwałość to sprawy zupełnie niekompatybilne? W podstawowym marzeniu tworzenia spektakli z aktorami niezawodowymi jest możliwość wyrwania się poza schemat, opowiedzenia o kawałku świata, który jest niereprezentowany, niewystarczająco opowiadany. Który świat teatralny zdaje się pomijać albo opowiadać w zawłaszczający sposób. Zaproszenie aktora/aktorki bez scenicznego doświadczenia to też praca ze świeżością spojrzenia i otwartością, które wytracają się z czasem, kiedy przebiegamy od jednej zawodowej pracy nad spektaklem do drugiej. Bo przecież właśnie aktorom niezawodowym zawdzięczamy wkład pracy nieoczywistej, nieschematycznej, przeszkodę nie tak łatwą do przeskoczenia – utrudniającą podążanie za przyzwyczajeniami. 

Jednak przeważnie nie umawiamy się na to, że zaraz będziemy w kolejnym „zawodowym” projekcie. Czy jest możliwe stopniowe budowanie bliskości z jednoczesną świadomością, że nasza wspólna praca i spotkanie mają wymiar także wymiany korzyści? Czy to zbyt cyniczne spojrzenie? 

Łapię się na tym spostrzeżeniu, kiedy jest mi przykro, że na tę kontynuację zwyczajnie brakuje miejsca. Że chciałbym z ludźmi, którzy odsłaniają siebie, swoje sprawy, wnoszą do teatru ożywczą moc, pobyć dłużej. Że produkowanie zogniskowane na premierze, której większość działań jest podporządkowana nie załatwia sprawy. Co z tego, że ten konkretny projekt zostanie w czasie prób czy researchu doskonale zrobiony. Po jego zakończeniu będzie trudno utrzymywać tak samo intensywną relację, jak wtedy kiedy mieliśmy do dyspozycji osiem godzin dziennie na wspólną pracę i spotkania. 

Jest coś nierównego w tej świadomości osób zawodowo zajmujących się teatrem. Ta wiedza rzadko jest wypowiadana. Czy można umówić się na to z góry? Nasza relacja jest pracownicza i jest tymczasowa. Nie przywiązujmy się za bardzo. Nie liczmy na to że się utrzyma. Nie próbujmy na siłę jej przedłużać. Nie obiecujmy sobie za wiele. Za trzy miesiące osoby zawodowo związane z teatrem będą już w innym miejscu, w innym projekcie, z innymi myślami, innymi ludźmi. I prawdopodobnie będą z nimi na sto procent. Takie samo sto procent jakie było naszym wspólnym udziałem. 

Czy na taką umowę da się odpowiedzieć otwartością i zaufaniem? A może właśnie taki rodzaj umowy pozwala stworzyć podstawę dla bardziej równościowej sytuacji przygotowywania wspólnego teatralnego dzieła? 

Nie wiem, jeszcze nie umiałem spróbować.

Michał Buszewicz

 

Michał Buszewicz