Felietony

Statek szaleńców

| 6 minut czytania | 1261 odsłon

Jak wielu z nas cierpi z powodu depresji, lęków, bezsenności, wypalenia, choroby afektywnej? Chyba nikt nie prowadzi takich statystyk, a są one niesamowicie istotne w rozważaniach nad nową kulturą pracy, które przetaczają się falami przez środowisko i prasę. 

Może trochę wypadniętych włosów (w wannie i na szczotce), parę dodatkowych kilogramów (oj, nie sexi), lekka hipomania (wspomaga pracę!) lub incydentalna bezsenność (niefajne) ale czym to wszystko jest wobec wartości nadrzędnej – spokoju względnego zdrowia psychicznego! 

Gdy nie pomagały rady typu: pójdź pobiegać (bo nogi odmawiały posłuszeństwa), wyjdź do ludzi (bo ludzie byli przerażający), zajmij się pracą (bo nie było ani jednego pomysłu w głowie), zrób sobie przyjemność (bo nie istniała żadna, dosłownie żadna przyjemność), pozostało rozwiązanie ostateczne, znana wielu i lubiana przez równie wielu ludzi, sertralina.

Okrągły gram białego matowego księżyca pod wezwaniem utulenia lęków o przyszłość, przeszłość i teraźniejszość. Wspomagający wchodzenie w interakcje społeczne, ułatwiający rytmizację dnia, odpowiedź na potrzeby organizmu dotyczące snu, jedzenia, ruchu, odpoczynku. Tak wiele w tak niewielkiej białej kuleczce! 

Ostatnio poruszyła mnie wrzucona na media społecznościowe przez koleżankę dramatopisarkę relacja: „po pół roku męki zdecydowałam się na leki, nie żałuję i polecam każdemu. Po co się męczyć?” Relacja została dodana w trybie prywatnym, bo częstotliwość występowania chorób psychicznych w naszym środowisku jest wciąż wstydliwą tajemnicą, tajemnicą poliszynela, czyli moim ulubionym rodzajem tajemnicy z gatunku: wszyscy wiedzą, ale ogólnie się o tym nie mówi. Bo lepiej nie. Bo trochę wstyd. 

To i kolejne odbywane przeze mnie w towarzystwie znajomych rozmowy o polecanych terapeutach, psychiatrach i lekach skłoniły mnie do coming out’u – tak, towarzysze w biedzie, ja też! Ja też…

Zanim nastąpiła brzemienna w tabletki decyzja męczyłam się długie lata. Nie wiedziałam, że ciągłe wyczerpanie, napady paniki, lęk przed spotkaniem z ludźmi, bezsenność i tysiące tak zwanych „somatów” to jest właśnie to. Czyli depresja lękowa. Nawet gdy już zaczęłam dopuszczać do świadomości oczywistość wykładaną mi na wszelkiego rodzaju medycznych stronach nadal broniłam się: przecież wychowano mnie na silną dziewczynkę, dam sobie radę, muszę tylko bardziej docisnąć, zlekceważyć to, co mówi mi ciało i śmiało iść do przodu, tak jak zwykle to robiłam. Dziewczynki, które chcą być dorosłe, odpowiedzialne, a także odnoszące sukcesy nie płaczą! A jak płaczą to krótko i w ukryciu, radzą sobie a nawet radzą jeszcze wszystkim wokół. Bo tyle jest przecież do zrobienia, a to nie jest „poważna” choroba. Zaciśniesz zęby, przetrzesz oczy i dasz radę!

Pewnej zimy, mroźnej i ciemnej jak sto diabłów, w czasie której nie mogłam przestać leżeć na podłodze i płakać stwierdziłam, że to już koniec. Albo mojej niechęci od leków albo mnie. No i wybrałam skończyć z niechęcią. Leczenie zaczęło się w styczniu i był to najmniej realny styczeń w moim życiu. Wszystko, czym byłam odpadło ode mnie jak wylinka z węża, razem z uczuciami, emocjami, pragnieniami, chęciami. Stałam się pustą, spokojną maszyną, wykonującą czynności, do których jest ona najbardziej predestynowana: jedzenie, spanie, ruch, odpoczywanie. Nagle wszystko inne straciło na ważności. To był czas odpoczynku. Reset ustawień fabrycznych, które źle zaimplementowane w dzieciństwie i genach doprowadziły do ostatecznego zwarcia układów mózgowych. Należało je zmienić. Te dwa tygodnie nierealności, snu na jawie, były czasem zmiany.

Dla przestraszonych, ten czas trwał bardzo krótko, potem tabletki po prostu pomagały mi w codzienności, relacjach ze sobą i innymi, pracy. 

Zdecydowałam się napisać o tym, mimo czającego się z tyłu głowy lęku przed stygmatyzacją, osądzaniem i wykluczeniem, bo zdecydowanie za mało mówi się o zaburzeniach psychicznych w środowiskach artystycznych. 

Jak wielu z nas cierpi z powodu depresji, lęków, bezsenności, wypalenia, choroby afektywnej? Chyba nikt nie prowadzi takich statystyk, a są one niesamowicie istotne w rozważaniach nad nową kulturą pracy, które przetaczają się falami przez środowisko i prasę. 

Wszyscy wolimy o tym wstydliwie milczeć i po cichu wrzucać to w koszty. No właśnie, jak duże są to koszty? Czy w sytuacji niemożności uzyskania zwolnienia lekarskiego można sobie „pozwolić” na chorobę? Czy wobec braku ubezpieczenia można sobie pozwolić na leczenie? Jak bardzo zaburzenia psychiczne wpływają na naszą zdolność do pracy? W przypadku freelansera: ciągłej pracy? 

Z moich obliczeń na oko i ucho wynika, że niemal wszyscy płyniemy na tym wielkim statku szaleńców. Ludzi, którzy przez charakter swojego zawodu ciągle muszą nadużywać swojej emocjonalności, swojego intelektu, by sprostać wyzwaniom stawianym przez realia rynku i funkcjonowania w świecie artystycznym. Czerpiemy pełnymi garściami z tego, czym obdarowała nas natura: nad-wrażliwości, empatii, intuicji, wyobraźni. Czerpiemy bez zabezpieczeń na przyszłość, bez umiaru, dokonujemy tego, co w środowisku naturalnym nazywa się „gospodarką rabunkową”. Wycinamy te wewnętrzne lasy na szybką sprzedaż, na opał, żeby dorzucić do wielkiego ogniska podaży i recepcji sztuki w tym kraju. 

Czasem mam siłę, by po stwierdzeniu nieprawidłowości, wadliwości, braku wymyślać te wszystkie piękne, nowe recepty na poprawę świata, wycinać kolejne drzewko, żeby zmienić coś na lepsze, ale też, żeby mieć za co się ogrzać. 

Ale czasem nie mam.

I chyba to jest puenta.

Chciałabym Wam powiedzieć: nie bójcie się, nie zawsze musicie „dawać radę”. Ale nie mogę. Bo sama się boję: co będzie, jak ja przestanę?

Małgorzata Maciejewska

Małgorzata Maciejewska