Felietony

Utopia Solidarności

| 5 minut czytania | 783 odsłon

Nie strajkujemy razem z uczelniami artystycznymi, gdy nie mają na prąd. Nie krzyczymy o systematycznym i programowym spychaniu kultury z Salonu do korytarza, żeby w końcu bliżej było wykopsnąć ją za drzwi. Po prostu nie mamy wspólnych interesów.


Aaa kotki dwa… Opowiem wam bajkę o teatrze… Zamknijcie oczy… Wyobraźmy sobie sytuację, że nie ma w teatrze reżyserów/reżyserek, nie ma też pozostałych realizatorów (dramaturżek, scenografów, muzyczek, choreografów). Jak funkcjonuje w takim razie teatr zapytacie? Wdech… Wydech… A więc spektakle powstają tak, że etatowi aktorzy teatru… losują między sobą role: ten dzisiaj jest reżyserem i bach! Jest reżyser. Ta scenografką, a ten muzykiem. Choreograf i dramaturżka nie wiadomo, co robią na próbach, więc ich nie trzeba losować. Co trzy miesiące powstaje nowy spektakl, repertuar pięknie się zapełnia, aktorzy i cały etatowy zespół teatru mają pracę. Wszystko się kręci! Ostatecznie, jeśli żaden aktor nie zechce wziąć na siebie tej wątpliwej przyjemności użerania się jako lider z resztą zespołu przez osiem tygodni
rolę tę arbitralnie przydziela się panu dyrektorowi, który jest przyzwyczajony. I jest git! Nie trzeba płacić za nocleg, wykosztowywać się na tantiemy, bo przecież tekst też jakoś się skleci drogą improwizacji albo można też wziąć autora, którego całe drzewo genealogiczne leży już dawno w grobie. Widzowie ostatecznie i tak do teatru przychodzą „zwiedzać aktorów” (autentyczny cytat z pewnego dyrektora). 

To by była heca!

A nie, czekaj… Otwórzcie oczy. Co to za bajka? Przecież właśnie bardzo często tak jest.

W niektórych teatrach już dawno stwierdzono, że można obsłużyć się „swoimi”, po co ryzykować jakichś obcych, nieznanych, co przyjeżdżają nie wiadomo skąd i czegoś chcą. Najczęściej pieniędzy! W niektórych teatrach niektórzy dyrektorzy sami „obsługują” połowę repertuaru. Z oszczędności przecież, a to się zawsze chwali! 

Może tak być. Ja się nie kłócę, w końcu jest tak mało kasy w kasie z napisem „kultura”, że naprawdę nie ma czym się dzielić. Tylko przestańmy się najpierw oszukiwać i zamknijmy te wszystkie Wydziały Reżyserii, Dramaturgii, Scenografii po co robić ludziom nadzieję, że czeka ich coś więcej niż tylko przerywane wybłaganą na klęczkach pracą, bezrobocie. W końcu, jak dowiaduję się z rozmów ze znajomymi realizatorami i tak możliwość pracy w teatrze to podarunek od instytucji, lub co częściej od samego dyrektora. To nie zawód – to przywilej.

To nieprawda! Powiedzą ci pewni swego, no może to tylko częściowa prawda – jękną ci bardziej ostrożni. Może i częściowa prawda. Ale tą absurdalną antyutopią chcę pokazać, że z przykrością trzeba zauważyć, iż nie ma podstaw do solidarności wewnątrz środowiska teatralnego. Różni nas status zatrudnienia, różnią dramatyczne rozbieżności w wynagrodzeniach, pozycja zawodowa, wykształcenie, doświadczenie.

Gdy minister kultury znów ogranicza środki na funkcjonowanie teatrów, gdy miejscy włodarze zmieniają kierownictwo placówek jak kanały w telewizorze, bo akurat zawieje z prawej lub z lewej, gdy nie postępują do przodu żadne regulacje prawne dotyczące ubezpieczeń, standaryzacji umów czy artystycznych emerytur nie stajemy razem pod Sejmem nad dymiącymi oponami. Nie strajkujemy razem z uczelniami artystycznymi, gdy nie mają na prąd. Nie krzyczymy o systematycznym i programowym spychaniu kultury z Salonu do korytarza, żeby w końcu bliżej było wykopsnąć ją za drzwi. Po prostu nie mamy wspólnych interesów… Albo tak nam się tylko wydaje? Tym ze stałą posadą, bezpieczeństwem i jako taką perspektywą może się wydawać, że nie ma co się rzucać, nie ma co narzekać, lepiej siedzieć cicho, jest całkiem nieźle w końcu. Tym, co mają tyle, że nawet ich wnuki tego nie przejedzą, wydaje się, że sami do tego doszli, nie na plecach rodziców, środowiska, inspiracji innymi, współpracy z kolegami. Wydaje im się, że jak to wyszarpali od losu to im się to słusznie, dożywotnio należy i tak zostanie. Tylko, że nie. Kiedy kultura zderzy się w końcu z tą górą lodową na horyzoncie (kryzysu, wieloletnich zaniedbań, złej organizacji) to wszyscy pójdziemy z nią na dno. Jedziemy na tym samym wózku. Płyniemy tym samym statkiem.

Dlatego brzydko mówiąc „opłaca” nam się dostrzec różnicę pomiędzy etatowymi a nieetatowymi pracownikami teatru, gdyż jedni są posiadającymi bezpieczeństwo zatrudnienia (względne i często niskopłatne, ale jednak) „gospodarzami”, drudzy „gośćmi”, którzy zawsze w teatrze są nie u siebie, a swoją pracę muszą każdorazowo zdobywać, wychodzić sobie, wytuptać. Żyją nie mając żadnych gwarancji zatrudnienia, żadnego zabezpieczenia na przyszłość, żadnej pewności. Często są zmuszani do podpisywania niekorzystnych umów, godzenia się na przesuwanie w nieskończoność rozpoczęcia projektu, łączenia funkcji swojego własnego agenta, menadżera, koordynatora i prawnika. Są zmuszeni do spędzania życia w trasie, w pokojach gościnnych i na dywanikach dyrektorskich.

Opłaca nam się docenić nawzajem swoją obecność w procesie twórczym, zauważyć swoją pracę, nazwać ją i wynagrodzić środkami, które wystarczą na godne, bezpieczne życie, naprawiać system, jeżeli jest wadliwy i przepełniony złymi praktykami, które odbierając poczucie bezpieczeństwa, a często nawet godność realizatorom na dłuższą metę zaszkodzą nam wszystkim.

I nikt nie może w tym wypadku powiedzieć: hej, to nie do mnie! Nikt nie może stanąć z boku, bo wszyscy na tym małym cudownym statku marzycieli jesteśmy za siebie odpowiedzialni.

Małgorzata Maciejewska

Małgorzata Maciejewska