Felietony

Efekt Świętego Mateusza – czyli przetrwają najsilniejsi

| 7 minut czytania | 2566 odsłon

Jeżeli nie jesteś modnym debiutantem ani starym mistrzem nie mamy dla ciebie roboty, albo mamy tak rzadko, że w końcu przestaniesz chcieć nosić na oku limo od niewidzialnej ręki wolnego teatralnego rynku – tylko zrobisz to, co dla ciebie najlepsze. Odejdziesz szukać stabilizacji i perspektyw na życie gdzie indziej.


Piśmiennictwo judaistyczne obfituje w uniwersalne spostrzeżenia, które mimo mijających milleniów nijak nie chcą się zdezaktualizować, choć niektóre ewidentnie powinny. Nawet Jezus, który głosił Nowy Testament nadziei i równości nie uniknął wypowiedzenia paru lekko powiedzmy nihilistycznych mądrości. Na przykład takiej:
Powiadam wam: Każdemu, kto ma, będzie dodane; a temu, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma.

Cytat pochodzący z Ewangelii stał się inspiracją dla współczesnej socjologii i został przez nią nazwany Efektem Świętego Mateusza. Opisuje gromadzenie się kapitału w rękach posiadaczy przy jednoczesnym ubożeniu ogółu. Można go znaleźć w środowisku akademickim, w którym osoby utytułowane, posiadające osiągnięcia mają większe możliwości pozyskania dalszych i coraz większych pieniędzy na badania, podczas gdy ich młodsi mniej utytułowani koledzy nie są w stanie przebić się wyżej, gdyż tort do podziału wyjadają ci wyżsi prestiżem. 

Podobnie rzecz się ma w edukacji: osoby z bogatszych, miejskich środowisk mają większe szanse na zajęcie intratnych posad i zrobienie kariery niż ci z biednych przedmieść i prowincji, którzy trawią swój czas na dogonienie tych, których dogonić się nie da, choć nieśmiertelny kapitalistyczny „mit od zera do milionera” w ramach marchewki zarzeka się, że jest inaczej.

Mam wrażenie, że efekt świętego Mateusza jest szczególnie widoczny w nieprzejrzystych i uznaniowych kryteriach podziału funduszy, jakie rządzą światem artystycznym. Załóżmy, że jako absolwenci szkół artystycznych startujemy z równego poziomu. Choć wróć! To już jest nieprawda. Bowiem już w szkołach artystycznych zaczynają się podziały na lepszych i gorszych, tych zdolniejszych i tych na straty. O fikcyjności i arbitralności tych podziałów świadczy fakt, że często potem w praktyce pracy ci wychwalani i promowani w szkole nie radzą sobie w życiu teatralnym, a ci okrzyknięci słabszymi robią „tak zwane kariery”. 

No właśnie, dalej przechodzimy do etapu „tak zwanych karier”. Najczęściej bywają one wypadkową naturalnych talentów autopromocyjnych absolwenta, dobrych znajomości w środowisku i zwykłego szczęścia objawiającego się w umiejętnym dobieraniu modnych tematów, tematów, które niosą, które zapewnią korzystny PR zatrudniającej młodego artystę instytucji. 

Potem wszystko dzieje się już wykładniczo: jedna głośna premiera otwiera drzwi do następnych teatrów, jeden artykuł w prasie rodzi ogłoszenie nowego gorącego nazwiska, nowej gwiazdy, którą warto obserwować. (Choć nikogo nie obchodzi za bardzo fakt, że jest to zaufanie na kredyt). Nowa gwiazda zaczyna pielgrzymkę po wszystkich teatrach i festiwalach w Polsce, otrzymuje kolejne angaże i nagrody.

Po dłuższej chwili, choć chwila ta trwa najczęściej kilka lat z uwagi na obejmujące wiele sezonów plany repertuarowe teatrów, nadchodzi moment, kiedy mocodawcy, widzowie i recenzenci mówią: sprawdzam. Dopiero wtedy okazuje się, czy za PRem, znajomościami, cenną umiejętnością dobierania gorących tematów idą jeszcze umiejętności zawodowe. Jeżeli tak – to uff. Pieniądze niezmarnowane, intuicja dyrektorów wychwalana pod niebiosa, kariera nabiera rozpędu. Jeżeli nie? To trudno. Bo na pewno w kolejce czeka już kolejna gwiazda. O tamtej można litościwie zapomnieć. 

Identycznie rzecz wygląda w środowisku literackim, a pewnie też filmowym i plastycznym. Takie jest życie, można powiedzieć za Jezusem, a pewnie i kapitaliści przyznaliby mu rację. Silniejszy wygrywa, słabszy przegrywa. Problemem jest to, że przykładane na siłę wspaniałe „prawa wolnego rynku” do zupełnie nierynkowej sytuacji, jaką jest finansowana z budżetu państwa kultura pasują do siebie jak pięść do nosa. Wyłania się z tego nawet zabawna metafora, bo oto właśnie oświecona niewidzialna pięść rynku podbija ci artysto oko. I potem albo potulnie chodzisz z limem, albo zrywasz ostatecznie z bólem ten przemocowy związek.  

Zajrzyjmy (także zgodnie z modą!) do grajdołka tych tak zwanych słabszych, który mają słusznie przegrać. W końcu interesujemy się, przynajmniej w deklaracjach, wszystkimi wykluczonymi, nieuprzywilejowanymi, mniej sprytnymi i zaradnymi. Interesujemy się. Prawda? Prawda? No właśnie zupełnie nie! Potrafimy wyszukać wszystkich niesłusznie pominiętych przez system we wszystkich dosłownie dziedzinach życia, ale przecież nie w naszej, w tej w której pracujemy, z której czerpiemy benefity. Dlaczego? No właśnie dlatego, że jesteśmy uprzywilejowani. 

Znana reżyserka może upominać się o los poniżanych kobiet w Ameryce (i słusznie skądinąd), znany reżyser o los gejów we Włoszech (również poprawnie), ale o tych wykluczanych regularnie we własnym teatralnym „domu”? Ciii… Cisza. To nas przecież nie dotyczy. My mamy swój, ciągle rosnący kawałek tortu. A to, że po naszym apetycie do podziału zostają okruszki? Cóż, każdy jest kowalem własnego losu. I tak wszyscy lewicowi myśliciele współczesnego teatru stają się gorliwymi wyznawcami liberalnego kapitalizmu. Choć nawet pewnie nie zdają sobie z tego sprawy i bardzo by się obruszyli, gdyby ktoś ich, nie daj boże, posądził o takie grzechy! 

W tym wypadku jednak ignorancja jest głupotą. Uporczywe niezauważanie problemu nie sprawi, że on zniknie. Nieuświadomiony kapitalistyczny elitaryzm, jaki prezentują swoją postawą niemal wszyscy „nasi mistrzowie” tudzież inni beneficjenci systemu nie jest niewinny i nie będzie pozbawiony konsekwencji z prostej przyczyny: mimo, że oni mogą uważać, że „robią swoje”, „uprawiają swój ogródek” to, choć może tego nie dostrzegają – nie działają w próżni. Nawet więcej: działają w kontekście, który się nazywa Polski Publiczny Teatr Współczesny.

Jeżeli nie będzie w nim tych wszystkich zdolnych, mądrych młodych i nieco starszych ludzi, którzy może nie mają znajomości i siły przebicia, ale za to mają talent, warsztat i coś ważnego do powiedzenia – teatr w Polsce umrze. Umrą instytucje, które dzielą swój budżet na tanie młode gwiazdy i drogich mistrzów, bo tak jest łatwiej: tu PR-owy sztos tu mistrzowski popis. Win – win. Jeżeli nie jesteś modnym debiutantem ani starym mistrzem nie mamy dla ciebie roboty, albo mamy tak rzadko, że w końcu przestaniesz chcieć nosić na oku limo od niewidzialnej ręki wolnego teatralnego rynku – tylko zrobisz to, co dla ciebie najlepsze. Odejdziesz szukać stabilizacji i perspektyw na życie gdzie indziej.

Nie będzie w teatrze całego pokolenia trzydziesto- i czterdziestolatków, którzy mają nieszczęście być za starzy na debiutantów, a za młodzi na mistrzów. Tych wszystkich, którzy mają jednak inne zupełnie niedoceniane zalety: doświadczenie zawodowe i doświadczenie życiowe, którymi mogą się z widzami podzielić. Odejdą, bo po prostu nie będzie ich stać na to drogie hobby. To będzie niestety koniec teatru, bo teatr jest silny tylko kiedy jest reprezentatywny, profesjonalny i różnorodny. A wtedy drżyjcie mistrzowie, bo teatry będą musiały zamknąć się nie doczekawszy waszej kolejnej premiery. I na to też mądry Żyd Jezus ma puentę: „Nie zostanie tu kamień na kamieniu, który by nie został zwalony.

Małgorzata Maciejewska

Małgorzata Maciejewska

Komentarze

Komentujesz tekst: Efekt Świętego Mateusza – czyli przetrwają najsilniejsi